Nie czarujmy się, od wyniku reprezentacji Polski podczas Euro 2012 zależy w dużej mierze także los szefów PZPN. Kilkanaście miesięcy przed turniejem rząd nie śmie dobrać im się do skóry, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że natychmiast wkroczy FIFA, zawiesi federację i miast wielkiego sukcesu organizacyjno-sportowego (cały czas mamy nadzieję, że tak będzie) nastąpi totalna kompromitacja. A kto byłby za wszystko odpowiedzialny dzisiaj? Oczywiście władza, wszak kibice nie darowaliby jej, że rozpieprzyła najważniejsze zawody w historii Polski. Trzeba więc poczekać – będzie dobry wynik, będą wypinane piersi do medali, będzie klapa – posypią się gromy. Jestem więc pewien, że w zaciszach gabinetów prezesa Laty trwa gorączkowa dyskusja, co robić. Czekać, aż Smuda uczyni cud i w kilka miesięcy nauczy polskie orły latać wyżej od innych oraz strzelać gola więcej od rywali o klasę lepszych? Mało prawdopodobne, wszak pan Franciszek aktualnie jest na wojnie z wieloma najważniejszymi kadrowiczami. W zasadzie należałoby napisać, że wojna już zakończona, a trup ścielił się gęsto, bo przecież Żewłakow odstrzelony, Boruc w dożywotniej „kozie”, Jeleń kontuzjowany, ale i chyba skutecznie zniechęcony przez „Franza”. Wszystko idzie w rozsypkę...
Naprawdę słyszałem z ust kilku prominentnych działaczy, jak narzekali, że „Smudę chcieli kibice i tak to potem jest, jak się słucha ludzi”. Prawda, chcieli go kibice, ale to było kilkanaście miesięcy temu. W tym czasie trener błyskawicznie roztrwonił swój autorytet. Przekonaliśmy się na własnej skórze, że rola selekcjonera zdecydowanie go przerosła. Próbował rządzić jak w klubie, gdzie można porządnie walnąć pięścią w stół, zagrozić posadzeniem na ławce, odesłaniem do drużyny rezerw lub rozwiązaniem kontraktu. Tymczasem reprezentacja to inna bajka. Piłkarzy trzeba tyle samo trenować i uczyć swoich pomysłów, co z nimi rozmawiać, szukać porozumienia, a nawet przyjaźni, którą później piłkarze w stu dwudziestu procentach oddają na boisku. Zdaje się, że pan Smuda akurat w tej materii mistrzem nie był, nie jest i chyba nie będzie. A skoro tak, to wcale nie zdziwię się, jeśli Lato pójdzie va banque? Moim zdaniem w jego głowie rodzi się szalony pomysł selekcjonerskiej roszady. Czy w tym szaleństwie jest metoda? Dobre pytanie, choć przyznaję uczciwie, ja bym zaryzykował. Do stracenia mamy chyba niewiele. Do zyskania wszystko! Poczekajmy jeszcze chwilę, bo gdzieś coś strzeli...
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl
redakcja@tylkopilka.pl

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz