niedziela, 20 lutego 2011

Doczekać... gęsiej skórki!

Piłkarski rok dla kibiców wcale nie zaczyna się wraz z pierwszym treningiem noworocznym „Pasów”. W ostatnich latach zazwyczaj był to premierowy gwizdek oznaczający początek wiosennej rundy ekstraklasy, jednak tym razem walkę o ligowe punkty uprzedzili Lechici bitwą o 1/8 finału Ligi Europy. I było to całkiem miłe przywitanie. Oby się okazało, że w miniony czwartek byliśmy świadkami pozytywnego tąpnięcia w polskiej piłce. Oby rację miał mój redakcyjny kolega, który tuż po końcowym gwizdku tego spotkania życzył nam wszystkim „udanej wycieczki na Anfield Road”.

Paradoksalne, ale jednak nie sam wynik 1-0 Lecha z Bragą ucieszył mnie najbardziej, a niektóre komentarze po spotkaniu. Z radością bowiem czytałem i słuchałem, jak trener Portugalczyków Domingos oraz niemal wszyscy jego podopieczni kilka chwil po meczu zaklinali rzeczywistość. Zwykle to nasi mają żal do całego świata za krzywe boisko i pecha, ale tym razem to przeciwnicy efektownie nas w tym wyręczali. Przyjemnie było więc słuchać, że to oni kontrolowali wydarzenia na boisku, że niemal cały mecz mieli piłkę przy nodze, a polegli tylko dlatego, że popełnili jeden błąd, a w dodatku było przecież za zimno i murawa sprzyjała wyłącznie mistrzom Polski.

Oddając sprawiedliwość gościom zwracam jednak uwagę, że gdy przyjezdnym ostygły już nieco głowy, potrafili mówić także całkiem do rzeczy, jakby zaprzeczając wcześniejszym wynurzeniom. Tego również słuchało się pysznie. - Mistrzowie Polski wyszli z jednej z najsilniejszych grup i już choćby z tego powodu należy im się szacunek i uznanie klasy - słyszeliśmy z ust bramkarza Bragi. - Oni są niezwykle silni fizycznie, w tym elemencie wyraźnie nad nami górowali - mówił jeszcze. Słyszeć takie komplementy o grze polskiej drużyny klubowej w pierwszym poważnym sprawdzianie po zimowej przerwie to prawdziwa rzadkość, absolutnie warta odnotowania. Pamiętajmy o tym zwłaszcza w momentach, gdy zbliżając się do pojedynku rewanżowego nasilać się będą komentarze, że 1-0 nie wystarczy, a rywal na własnym stadionie pokaże nam prawdziwą piłkę. Zamiast uprawiać czarne scenariusze weźmy lepiej przykład z portugalskich dziennikarzy, którzy nie mając powodów do radości z samego meczu znaleźli inny pozytyw. - Poznań w śniegu jest piękny - donosili swoim czytelnikom korespondenci „A Bola”. I wcale nie chodzi o to, czy mieli rację. Chciałoby się jednak doczekać następnej rundy i wyjazdu na Anfield Road w Liverpoolu lub Generali Arena w Pradze. Fajnie byłoby donieść naszym Czytelnikom o gęsiej skórce podczas odśpiewywania klubowego hymnu Anglików lub chóralnych śpiewach tysięcy naszych, którzy zapewne najechaliby bliską nam przecież stolicę Czech. Jesteśmy w pół drogi, choć bliżej, niż dalej...

Super, że zimą dobrze zaczęła się nam wiosna.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 13 lutego 2011

Oceny? Lepiej nauczmy się świętować

Kadra Franciszka Smudy – w kiepskim i mniej kiepskim stylu, ale jednak – rozpoczęła rok 2011 od dwóch zwycięstw. To dobry znak? Niby tak, bo wygrywanie po słabej grze to również sztuka. Ale spotkania na Euro 2012 – tak jak mecze derbowe czy pucharowe – będą rządzić się własnymi prawami. To co kadra prezentuje obecnie, co pokaże w następnych sparingach, nie będzie miało wielkiego przełożenia na jej postawę podczas polsko – ukraińskiego turnieju.

Oczywiście, selekcja zawodników musi postępować, więc Smudzie są potrzebne takie mecze. Nie da się jednak przewidzieć dyspozycji dnia, w jakiej „Biało-Czerwoni” będą podczas meczów o stawkę, ani zdarzeń losowych, mających wpływ na personalia. Nie można zgadnąć, czy akurat po naszej stronie będzie łut szczęścia. Nie wiadomo, czy rozszalały tłum polskich kibiców zwiąże nogi naszym piłkarzom, czy raczej doda im skrzydeł. A to są ważne kwestie – nawet kluczowe w przypadku reprezentacji Polski.

Rachunek prawdopodobieństwa jest dla Polaków bezlitosny. Poprzednie turnieje z ich udziałem jasno wskazują, że wielkim sukcesem będzie – bez względu na jakość grupowych rywali – awans do kolejnej fazy. I nie ma się co łudzić, że do czerwca 2012 roku w tej kwestii coś się zmieni. Polska jest i pozostanie do „naszego Euro” jedynie europejskim średniakiem. Dobrze to wcześniej zrozumieć, by nie tracić sił na niepotrzebne rozterki emocjonalne (a nuż ktoś uwierzy, że trio z Borussii poprowadzi nas do finału) i bezcelowe rozważania.

Śmieszą mnie złośliwe sprzeczki internautów o to, kto powinien tworzyć wyjściową „11” Polaków, a kto może w niej wystąpić jedynie jako bohater gry komputerowej. Dziwią mnie nie mniej kąśliwe dyskusje dziennikarzy i ekspertów, bo jedni widzą przyszłych bohaterów w tych, których inni nazywają frajerami.

Czas na wystawianie ocen przyjdzie po zakończeniu turnieju. Teraz lepiej nauczyć się radości z każdego sparingu z silnym rywalem (ja chcę spotkania z Brazylią). Cieszenia się każdym meczem (nie tylko Polaków) rozegranym w ramach zbliżającego się wielkimi krokami święta.
Lech Poznań – przed rozpoczęciem zmagań fazy grupowej Ligi Europy – mógł cieszyć się tylko z atrakcyjnego losowania. Nikt przecież serio nie przypuszczał, że „wykosi” gigantów i awansuje dalej. I dobrze, bo gdyby się skupiano tylko na końcowym wyniku, wiele bezcennych chwil uciekłoby w gwarze pustych pogadanek. Dlatego czas Euro 2012, gdy będziemy europejską stolicą futbolu, trzeba będzie celebrować. Grzechem byłoby go przegadać...

Adrian Wawrzyczek
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 9 lutego 2011

Gdzie dwóch się bije

Gdybym, w sporze trenera „Biało-Czerwonych” Franciszka Smudy z właścicielem Polonii Warszawa Józefem Wojciechowskimo dostępność piłkarzy „Czarnych Koszul” dla reprezentacji, miał się opowiedzieć za którąś ze stron, stanąłbym po środku, bo obaj robią krzywdę, tylko nie sobie.

Smuda powołał Tomasza Jodłowca, Adriana Mierzejewskiego, Macieja Sadloka i Artura Sobiecha na zgrupowanie w Portugalii. Prezes Polonii zgodził się na przyjazd zawodników (Mierzejewski i Sadlok) na mecz z Norwegią (nie ma wyjścia, gdyż jest to oficjalny termin FIFA), ale na Mołdawię (Jodłowiec, Sobiech) już nie, bo jest to nieoficjalna data i ma takie prawo. Smuda wściekł się, że albo stołeczni przyjeżdżają na całe zgrupowanie, albo wcale, by później ugryźć się w język, iż ostatni raz idzie na taki kompromis. Wojciechowski podkopał dołek, twierdząc że jego piłkarze z obozu w Hiszpanii do Portugalii, mając do pokonania 400 km, zdążą tylko na przedmeczowy rozruch, mimo iż są szybsze połączenia. „Franz” stanął okoniem, z Polonistów zrezygnował, mówiąc o skandalu: -trenerowi polskiego klubu nie zależy na tym, by jego zawodnicy brali udział w przygotowaniach reprezentacji. I pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu, gdy do kadry Leo Beenhakker podbierał Smudzie podopiecznych z Lecha, obecny selekcjoner myślał odwrotnie.

Smuda i Wojciechowski posprzeczali się o swoje miejsce w piaskownicy, a po łbie łopatką dostaną zawodnicy, którym, jak najtrzeźwiej w tym całym zamieszaniu zauważył były kadrowicz Jacek Bąk, zrobiono krzywdę, gdyż oni na pewno chcieli przyjechać. Stała się krzywda i wszystko wskazuje na to, że będzie ona czyniona dalej, czytając między wierszami w jednej z ostatnich wypowiedzi Smudy: - Skoro nowy trener Polonii chce mieć optymalnie przygotowaną drużynę na pierwszy mecz ćwierćfinałowy Pucharu Polski z Lechem, to zastanawiam się, co będzie, jeśli przegrają. A nie wiem, czy będę dalej powoływał piłkarzy tego klubu. Przecież dojdą kontuzjowani jak Sebastian Boenisch. Może już do końca sezonu nie będę przeszkadzał, żeby puchar i mistrzostwo zdobyli...

Niestety w tym przypadku, gdzie dwóch się bije, tam trzeci nie skorzysta.

Tak na marginesie, o ile Bąk zauważył najistotniejszy problem, tak Roman Kosecki dorzucił swoje bzdurne trzy grosze do konfliktu reprezentacja - Polonia. „Kosa” twierdzi, że na miejscu czwórki Polonistów powiedziałby do prezesa: - No to mnie ukarz finansowo, a ja i tak pojadę na reprezentację. Bo to moja kariera, a kadra jest najważniejsza. Trzeba mieć charyzmę i jaja. Gdyby wbrew prezesowi pojechali na zgrupowanie kadry, to by na pewno nie stracili.
Ciekawe, czy Kosecki był taki mądry za czasów gry w Atletico Madryt, gdy klubowi prezesował Jesus Gil, dla którego zwolnienia trenerów były splunięciem.

Mariusz Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

czwartek, 3 lutego 2011

Chuliganka ma się dobrze!

Pamiętam, jak kilkanaście tygodni temu byłem święcie oburzony na dokument emitowany w jednej z polskich telewizji, w którym nasi fani przedstawiani byli jako chuligani, żeby nie napisać wprost - bandyci. I co? Wygłupiłem się, naiwnie wierząc, że takie sytuacje na naszych stadionach to coś więcej, niż margines. Oglądając taśmy z monitoringu meczu Polska - Wybrzeże Kości Słoniowej, na których widzimy kibola plującego i szturchającego innego mężczyznę, czerwieniałem ze wstydu, ale i złości. Bo to nie jest tak, że nigdy czegoś takiego nie widziałem na polskim stadionie. Tym poruszony byłem jakby... mniej. Bardziej wkurzyło mnie, że gdyby nie „Wyborcza”, nikt o tym by się nie dowiedział. Jeszcze mocniej wkurzony byłem, śledząc całe zajście już po... zajściu. Wnioski mam straszne - takie sytuacje będą się powtarzać! Dlaczego? Bo instytucje i ludzie odpowiedzialni za porządek w tej materii, albo nie wiedzą co mówią, ale mówią bzdury!

Najgorsze, że mowa o służbach, które powinny zbudować bezpieczeństwo na polskich stadionach w trakcie Euro 2012. - Podczas turnieju żadni przypadkowi ochroniarze nie pojawią się na stadionach - taki kit wciska nam rzecznik spółki Euro 2012 Polska, Juliusz Głuski. To fajnie, tylko ja pytam, dlaczego dzisiaj, na jedynym czynnym już obiekcie nadchodzących Mistrzostw Europy, ochroną zajmuje się ktoś, kto pluje, szturcha i miast być obrońcą uciśnionych, tychże uciśnionych poniewiera? Mało tego, szef „Wiary Lecha” robi biznesy z klubem (jego firma kateringowa obsługuje choćby mecze ligowe „Kolejorza”), a na salonach przyjmowana jest z atencją i szacunkiem godnym mądrych i kulturalnych ludzi, podczas gdy w rzeczywistości jest zgrają siejącą strach. I niech nikt w związku nie tłumaczy nam, że za to odpowiedzialni są decydenci Lecha. Owszem, oni też, albo oni przede wszystkim, ale jeśli PZPN naprawdę chciałby wyplenić z naszych stadionów chamstwo i przemoc, to nigdy nie pozwoliłby, aby tacy ludzie mogli wchodzić na nasze stadiony. A oni nie dość, że wchodzą, to jeszcze robią na tym kokosy. O tym też nikt odpowiedzialny nie wie?

- Jestem zaskoczony, o sprawie dowiaduję się od pana - z rozbrajającą szczerością tłumaczył się nie mający pojęcia o całym zajściu szef Wydziału ds. Bezpieczeństwa na Obiektach Piłkarskich w PZPN, Andrzej Bińkowski! Toż to zgroza, żeby taki facet dowiadywał się o czymś podobnym od dziennikarza! Na litość boską, czy w naszym kraju urzędnicy muszą być tak beznadziejni? Przecież ta wypowiedź powinna powalić chłopa na łopatki i pan Bińkowski sekundę po takiej kompromitującej wypowiedzi winien wylecieć z hukiem ze stanowiska. Bo kto ma o takich rzeczach wiedzieć, jak nie on?!

Jeśli wreszcie ważni ludzie tego nie zrozumieją, to „Wiara Lecha” i inne tym podobne szajki zdominują nasze stadiony. Nie może być przecież tak, że kamery sobie, a chamstwo sobie. Nie może być tak, że zamiast siły polskiego prawa, agresorom przeciwstawiają się dwie... kobiety. - Nie wiem, dlaczego nie wyłowiono tego incydentu - przyznaje Bińkowski. A ja nie wiem, co pan robi na stanowisku szefa Wydziału ds. Bezpieczeństwa na Obiektach Piłkarskich w PZPN. Doprawy to frustrujące, że w naszym kraju powoli nikt za nic nie odpowiada.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl