Tym razem policja przywiozła do stolicy Dolnego Śląska Pawła D. i Marcina B., dwóch byłych piłkarzy Cracovii, którym postawiono zarzuty ustawienia meczu, którego wynik „pozwolił drużynie przeciwnej na udział w rozgrywkach o Puchar UEFA w sezonie 2006/2007”, jak oficjalnie poinformował rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Wszystko wskazuje na to, że chodzi o spotkanie Cracovia - Zagłębie Lubin (wynik 0-0), z ostatniej kolejki wspomnianego sezonu.
Dzięki dziennikarzom stacji Orange Sport Info mogliśmy przypomnieć sobie fragmenty tego wspaniałego widowiska. Obejrzeliśmy, jak piłkarze „Pasów” nieudolnie rozgrywają piłkę, prawie wszystkie podania posyłają w nicość, a zamiast na bramkę rywala, strzelają Panu Bogu w okno. Zawodnicy Zagłębia w tych „dryblingach” im nie przeszkadzali. D. i B. często gościli w telewizyjnym skrócie, jako autorzy wielu „znakomitych” zagrań. Trudno to nazwać meczem ekstraklasy. To była raczej farsa, nawet nie podwórkowa kopanina, bo tam przynajmniej młodzi chłopcy grają ambitnie, nawet jeśli brak im umiejętności. Tu ambicja została w szatni, zamiast niej jedni wyłożyli 100 tysięcy zł, a drudzy je zainkasowali.
Takich meczów ekstraklasy w ostatnich kilkunastu latach obejrzeliśmy setki, jeśli nie tysiące. Często kpiliśmy z popisów boiskowych wirtuozów, za co dostawaliśmy połajanki, że takim pisaniem podcinamy gałąź, na której siedzimy, bo przecież obżydzamy ludziom zainteresowanie rodzima piłką. Tyle że gałąź już od dawna jest przegnita i spruchniała, i wcale nie musimy jej piłować. A gnije głównie dzięki takim ludziom jak Marcin B., który przyznał się do winy. B. zapamiętałem z jednego meczu. 10 kwietnia 2005 r., tuż po śmierci papieża, Cracovia pokonała Legię po golu strzelonym przez B. w ostatniej minucie. Po bramce ukląkł na boisku, bluzgami odganiał gratulujących mu kolegów, aby wszyscy zobaczyli, że ma pod koszulką t-shirt z napisem „Dziękujemy za wszystko Ojcze Święty”...
Polski futbol gnije, gdy Stefan Białas, trener Cracovii w tamtym meczu, mówi dziś dziennikarzowi „Rzeczpospolitej”, że jest zdziwiony całą sprawą, bo w przerwie spotkania „dwaj piłkarze wymiotowali, co zwykle oznacza, że zawodnik daje z siebie wszystko”. Po co opowiadać takie bajki? W telewizyjnym skrócie jakoś nie było widać, żeby ktoś grał na „zapalenie płuc”. Z kolei Franciszek Smuda, wtedy trener Zagłębia, zagadnięty o to spotkanie, raz mówi, że o całej sprawie dowiaduje się dopiero teraz od dziennikarza, by za chwilę w innej rozmowie z przedstawicielem mediów wypalić - „Pamiętam tamten mecz. Dziwnie wyglądał, jakby nikt gola nie chciał strzelić”.
Nie wiadomo - śmiać się czy płakać? Może lepiej się pośmiać. My się śmiejemy z tych, którzy wyrzucili te 100 tys. zł w błoto. Bo przecież dwa miesiące później, po „wspaniałych” bojach w I rundzie eliminacji Pucharu UEFA, Zagłębie odpadło z białoruskim Dinamem Mińsk. Warto było?
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl
