środa, 10 sierpnia 2011

Rybus, Małecki i... Norbi

Reprezentacja Polski to dobro narodowe. Jakkolwiek szumnie zabrzmiało, jest to oczywista oczywistość, że sparafrazuję jednego z najważniejszych polityków w kraju. Coraz szybciej odliczamy miesiące, jakie pozostały nam do pierwszego meczu w EURO 2012 i coraz bardziej się irytujemy. My, dziennikarze, Wy, kibice. Irytujemy się, bo naszym dobrem narodowym rozporządza nazbyt pamiętliwy gość.

Gdziekolwiek nie poruszę tematu reprezentacji, w jakikolwiek nie kliknę portal, czy na jakiekolwiek forum, trwa zaciekła krytyka selekcjonera, który do kadry awansuje nie zawsze tych, których potrzeba. Mam trochę naturę bycia w kontrze, więc chciałbym stanąć po stronie Smudy. Chciałbym, ale uległem psychologii tłumu. Bo tym razem, tłum ma rację.

Od dwóch lat w kadrze znajduje się miejsce dla Macieja Rybusa. Chłopaka skądinąd sympatycznego, młodego i z niezłym ciągiem na bramkę po deficytowej w reprezentacji lewej flance. Problem w tym, że o tych zaletach dzisiaj trzeba pisać w czasie przeszłym. Rezerwowy Legii leci na opinii utalentowanego zawodnika, którą wyrobił sobie jakieś dwa lata temu. Jest w Polsce kilku... piosenkarzy, którzy nagrali przebojową piosenkę i żerują na niej całymi latami. Norbi kiedyś obwieścił nam, że „Kobiety są gorące” i pozostał nieśmiertlenym gościem mediów każdego lata. Maciej kilka razy pobiegł szybciej od rywali, nieźle kiwnął, celnie dośrodkował i złapał etat w kadrze.

Po drugiej zaś stronie jest Patryk Małecki. Zapytaj drogi Czytelniku kogokolwiek, kto choć w minimalnym stopniu interesuje się reprezentacją, czy powinno być w niej miejsce dla Wiślaka? Odpowiedzi na „nie” będą się mieściły w granicach błędu statystycznego. Niestety, błędem statystycznym jest także selekcjoner. Doprawdy niepodobna zrozumieć, dlaczego „Franz” z uporem godnym... gorszej sprawy pomija Małeckiego. Już tylko jego asysta do Meliksona przeciwko Liteksowi znamionowała, nie bójmy się tego nazwać, klasę światową. Tak przytomnego, rozumnego i wykonanego z premedytacją zagrania polskiego piłkarza nie zobaczymy codziennie. Można tego chłopaka nie lubić z wielu powodów. Bo krnąbny, bo ma swoje zdanie, bo chadza innymi ścieżkami i zawsze powie, co ślina na język przyniesie. Można, ale też uczciwie trzeba oddać, że na EURO 2012 potrzeba polskiej drużynie podobnego... „wariata”. Nieobliczalnego w gębie, ale mocnego w nogach z silną psychiką.

Panie trenerze, gołym okiem widać, że do Małeckiego coś pan ma, ale nic związanego z umiejętnościami. Pamiętliwość jest cechą ludzi małych. Proszę o tym... pamiętać.
Dariusz Król

środa, 13 lipca 2011

Ruszył czarny PR!

Jeszcze lipiec nie rozwinął skrzydeł, jeszcze wszystkie poważne i mniej poważne drużyny z Europy uprawiają wakacyjne sparingowe granie, a tymczasem nasi rozpoczynają czarny PR polskiego futbolu. Kiedyś Cementarnica, potem Vallerenga, Karabach, teraz Pawłodar - kolejna plama na honorze klubowej polskiej piłki. 7 lipca polski zespół odpadł z pucharów. Tak szybko nie odpadliśmy nigdy wcześniej. Kazachski Irtysz wyeliminował w I rundzie kwalifikacji(!) Jagiellonię. Tą samą, która kilka miesięcy temu biła się o mistrzostwo Polski. Przyznaję, jestem głupcem. Przed meczem rewanżowym w Kazachstanie zaplanowałem dwie strony „Tylko Piłki” w ten sposób, że na jednej miał być opis rewanżu i zapowiedź gry „Jagi” w II rundzie, zaś obok przedstawialiśmy kolejnego przeciwnika z fajną ramką statystycznych dokonań Rustavi. Jestem głupcem! Przepraszam Czytelników, ale ramkę kolejnego konkurenta wyrzuciliśmy do kosza. Może już nigdy jej nie zobaczycie...

W Kazachstanie oglądaliśmy bezradną wybijankę naszych, którzy demonstrowali futbol tak toporny, że aż... zęby bolały. A gdy wraz z końcowym gwizdkiem, jak jeden mąż upadli na murawę zmęczeni (czym?), załamani (jakim prawem, na awans nie zasłużyli!), bezradni (o tak, to pasuje...), odetchnąłem! Szybki wstyd zaliczony, więcej obciachu ten zespół nam już nie dostarczy. Lepiej „z mety” dostać kulkę w łeb, nie męczyć siebie i innych, niż być powolutku odzieranym ze skóry.

Czwarty zespół ekstraklasy minionego sezonu nie ma nic na swoje usprawiedliwienie. Choćby do Kazachstanu jechali wysłużonym PRL-owskim „ogórkiem”, Irtysz powinni wyeliminować. Choćby dlatego, że pierwszy mecz grali u siebie. Choćby dlatego, że kilkadziesiąt minut w przewadze jednego zawodnika. Mam nadzieję, że trener Probierz nie zająknie się dzisiaj, jutro albo kiedykolwiek, że polskim zespołom źle się gra w lipcu, a jeszcze gorzej na dalekim wschodzie! Mam nadzieję, że męsko przyzna, że jest kolejnym trenerem w polskiej lidze, który okres kilku tygodni pomiędzy jednym a drugim sezonem koncertowo spaprał. Chciałbym też usłyszeć od piłkarzy, że w dwumeczu okazali się amatorami, niegodnymi jednego choćby zdania wzmianki w jakiejkolwiek gazecie czy choćby sekundy na wizji lub fonii.

I niech się obrażają, niech wygadują potem, że pismacy potrafią tylko krytykować zza biurka. Tak, rzeczywiście potrafimy krytykować, ale dalibóg, kto nam nieustannie dostarcza paliwa?! Drodzy trenerzy i piłkarze, dzisiaj Jagiellonii, i tak powinniście być nam wdzięczni, bo tyle cierpliwości, ile my mamy do Was, to Wy do nas na pewno nie! Dzisiaj jestem na was wściekły i jakoś nie mam najmniejszej ochoty udawać, że jest inaczej. Pisaliśmy to już ileś razy, że pora przestać bujać w obłokach. To nie my doganiamy lepszych, tylko słabsi doganiają i przeganiają nas. Chyba, że chodzi o kasę, bo w zarobkach nasi pną się w górę dość szybko. Pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie nawet w „Jadze” z nóg już nikogo nie zwala. Tylko pogratulować, że klub stać na płacenie takich pieniędzy zupełnie przeciętnym piłkarzom. I to jedyne, czego w tym tekście białostoczanom gratuluję...
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 3 lipca 2011

Kochamy absurdy

Prezydent Bronisław Komorowski podpisał nowelizację ustawy hazardowej. Zgodnie z nią obywatele w Polsce będą mogli zawierać poprzez Internet zakłady wzajemne, natomiast nie będzie można uprawiać tak zwanego „hard gamblingu”. Czyli prościej: będzie można obstawiać wyniki meczów sportowych, ale nie będzie można grać w pokera, black jacka czy ruletkę, zatem gry oferowane głównie przez kasyna.

Co ciekawe, bukmacherzy oferujący te zakłady nie będą mogli się reklamować. Czemu oni nie, ale zakłady lotto już tak? Jak twierdzi podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów i Szef Służby Celnej, Jacek Kapica, zakłady bukmacherskie są bardziej uzależniające. Absurd! Ale tak niestety już w Polsce jest. Rządzą nami ludzie, którzy nie mają pojęcia o tematach, którymi się zajmują. Gracze będą musieli uiścić dodatkowo najwyższy w Unii Europejskiej podatek od postawionej kwoty - aż 12 procent. Dla porównania we Francji wynosi on 9 procent, a w Austrii 2 procenty. Specjaliści od finansów już przewidują, że spowoduje to wytworzenie się w Polsce szarej strefy, co będzie skutkiem wręcz przeciwnym do zamierzeń Ministerstwa Finansów.

Co trzeci nastolatek nie wyobraża sobie dnia bez telefonu komórkowego. Według badania TNS OBOP wynika, że prawie połowa nastolatków używa telefonu podczas obiadu, a aż 60% nie potrafi oprzeć się pokusie skorzystania z telefonu podczas lekcji... Jeśli zatem osób uzależnionych od zakładów wzajemnych, patrząc na statystyki, jest śladowa ilość, to dostrzegając skalę problemu tak zwanego „fonoholizmu” należy oczekiwać wkrótce ustawy antytelefonowej, tak?
Jako że lubimy w Polsce absurdy, to musimy wspomnieć jeszcze o jednej ciekawostce związanej z ustawą hazardową. W polskiej edycji popularnej gry piłkarskiej FIFA 2012 zawodnicy najlepszych zespołów na świecie, takich jak Real Madryt czy Juventus, wystąpią w koszulach bez log firm bukmacherskich, które sponsorują te kluby. W poprzedniej edycji gry na okładce widniał Brazylijczyk Kaka w koszulce z logiem b....n. Teraz ten sam zawodnik będzie biegał po wirtualnej murawie w białym trykocie bez żadnych napisów. Trzeba przecież chronić użytkowników od popadnięcia w nałóg! Czekamy na dalsze kroki władz. Czarne paski na koszulkach podczas retransmisji meczów piłkarskich w telewizji? Nie zdziwilibyśmy się. Aż strach wyjść na ulicę w koszulce ukochanej drużyny... Odpowiednie służby tylko na to czekają.


czwartek, 16 czerwca 2011

Cudu nie będzie!

Przyzwyczailiśmy się już do tak żenującego poziomu polskiej reprezentacji, że niewiele nam trzeba, aby próbować ją chwalić. A samym piłkarzom trzeba jeszcze mniej, aby być zadowolonymi. Dokładnie jak po meczu w Warszawie z Francją, który po samobójczym trafieniu oddaliśmy 0-1. „Nie wystraszyliśmy się Francji, postawiliśmy jej twarde warunki [...] „Gramy coraz lepiej, blok defensywny funkcjonuje pewniej(sic!), a czas pracuje na naszą korzyść” - to słowa Wojtkowiaka. „Skoro potrafiliśmy Francuzom odbierać piłkę na ich połowie, to znaczy, że nie jest z nami źle. Uważam, że nasza kadra ma spory potencjał, a każde kolejne spotkanie będzie nas czyniło silniejszymi” - tak natomiast mecz oceniał Szczęsny. Jemu na plus zapisuję, że przynajmniej był... zły. Najgorsze jednak, że moim skromnym zdaniem obaj reprezentanci mylą się potwornie. Niespełna rok przed Euro 2012 nasza reprezentacja gra byle jak. Widoki na przyzwoity wynik są więcej niż skromne. Bez względu na to kogo wylosujemy, czeka nas standardowy zestaw Polaków: mecz otwarcia, mecz o życie i mecz o honor.

W stu procentach zgadzam się z tym, jak naszych po porażce z Francją ocenił Jacek Bąk, nie byle kto, bo 96-krotny reprezentant kraju. „Źle nie było. W porównaniu do ubiegłorocznej klęski 0-6 z Hiszpanią jest postęp w grze i zaangażowaniu, ale grający spokojnie Francuzi i tak byli o jedną czy dwie klasy lepsi”. Fakt, tylko tą miarą oceniając naszych możemy dostrzec światełko w tunelu. Światełko, którego tak po prawdzie wcale nie widać. Reprezentanci Polski i cały szatab wokół nich skupiony mogą zaklinać rzeczywistość, ale prawda jest taka, jako rzecze na łamach sport.pl cytowany tutaj przez mnie Bąk. „Gdyby czwartek decydował o wyjściu z grupy, Francuzi na pewno zagraliby lepiej i więcej biegali. Nie pokazali pasji z meczu o stawkę. Oni mogą być lepsi. Chciałbym to samo powiedzieć o Polsce...” Chciałby, ale nie powiedział, bo powiedzieć się nie da. Być może tak zasłużony piłkarz nie chce szkodzić kadrze i wypowiada się nazbyt dyplomatycznie. My tego robić nie musimy. Od kilku lat obojętnie kto stoi w polskiej bramce (Boruc, Fabiański czy teraz Szczęsny), niemal po każdym meczu oceniany jest najwyżej z polskiej kadry. A jeśli tak, to czy naprawdę realnie możemy myśleć o sukcesie w Euro? „Gdyby czwartek decydował o wyjściu z grupy, Francuzi na pewno zagraliby lepiej i więcej biegali. Pokazaliby pasję z meczu o stawkę. Oni mogą być lepsi. Polacy zagrali maksa. Więcej dzisiaj nie potrafią, a za rok cud się nie zdarzy” - tak mógłby powiedzieć Jacek Bąk po porażce z Francją. Tak mówi za to niżej podpisany, bowiem taka powinna być realna ocena tego, co dzieje się z reprezentacją i co ona dzisiaj potrafi. Niestety, potrafi niewiele...
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 8 czerwca 2011

Źródło mądrości odkrytej...

Co jakiś czas czytelnicy gazet są raczeni informacjami na temat najczęściej cytowanych gazet w Polsce. Czołówka od lat ta sama: Rzeczpospolita, Gazeta Wyborcza, od niedawna połączone siły Dziennika i Gazety Prawnej. O tygodniku „Tylko Piłka” z Opola piszą rzadko, a w kontekście wydarzeń z ostatniego miesiąca powinni znacznie częściej. Zresztą nie tylko z ostatniego miesiąca...

Na początku maja w jednym z numerów naszej gazety napisaliśmy o tym, jaka to reprezentacja Argentyny ściągnie na mecz z Polską. Wyjaśniliśmy, że nie będzie to drużyna „do lat 25”, nie będzie to ekipa, z której wybierani będą gracze na Copa America, bo z tymi trener Batista spotykał się w Europie osobiście, wyjaśniliśmy także, że nie będzie to ta sama ekipa, o której już po naszej publikacji na swojej stronie internetowej informował PZPN, podając 18 nazwisk „powołanych” na mecz.

W przeddzień meczu w każdym dzienniku w Polsce, w każdej telewizji w naszym kraju mogliśmy posłuchać i poczytać o Argentynie C lub D. To nie prawda. Piszący te słowa wyjaśniał to już na swoim blogu, zasada jest prosta: ile masz kasy, taką reprezentację Argentyny dostajesz. Ta, którą ściągnięto do Warszawy była dosyć przypadkową zbieraniną zawodników występujących w Europie, nie będących w swoich klubach czołowymi postaciami. Nie było w niej więc ani gwiazd kalibru Messiego czy Teveza (przy lidze argentyńskiej odkryliśmy jego talent, gdy innym to nazwisko się nawet nie śniło!), ani graczy, których wcześniej Batista odrzucił, chociaż w swoich ligach mają status gwiazd (vide Lisandro Lopez i Luis Gonzalez), nie było graczy z ligi argentyńskiej, nie było nawet pół zawodnika z najbardziej argentyńskiego klubu Europy – Catanii (13 Argentyńczyków w składzie!). Na boisku wszyściutko się potwierdziło. Na własne oczy przejrzeliśmy, że nieprawdą jest, iż wystarczy urodzić się w Argentynie i już niejako z urzędu dobrze grać w piłkę. Tam też są ludzie z krwi i kości i jeśli nie nazywają się Messi lub jakoś tak, często i gęsto popełniają proste błędy

Taka dziwna mieszanka pewnie drugi raz się nie zdarzy, bo ów twór zanim nie dał rady Polakom, w swej pierwszej potyczce z Nigerią skompromitował się 1-4. Ten jedyny gol padł w ósmej minucie doliczonego czasu z karnego z kapelusza (podobno ta bramka mogła być nawet ustawiona, o czym szerzej w najnowszym numerze "Tylko Piłki"). I taka to właśnie Argentyna do nas przyjechała: wyciągnięta jak królik z kapelusza rządzącego od 32 lat federacją Julio Grondony.

My o tym wiemy i wiedzieliśmy, bo o argentyńskiej piłce piszemy od początku istnienia gazety. Co tydzień! Inne gazety o tym już też wiedzą, bo zdaje się nas czytają. Chcielibyśmy jednak, aby częściej podawały źródło mądrości odkrytej z miesięcznym opóźnieniem.
Bartłomiej Rabij
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 15 maja 2011

Lato zagra va banque?

Czy roszada na stanowisku selekcjonera reprezentacji Polski jest w ogóle możliwa? Moim zdaniem to żadne science-fiction! Tu i ówdzie słyszeliśmy od prominentnych ludzi, że mają dość Smudy, a słabej reprezentacji Polski na Euro 2012 przydałby się „autobus Lenczyka”, który z przeciętnego Śląska uczynił w lidze „Rycerzy Wiosny”. Niektórym marzy się, abyśmy jak Grecja w 2004 roku okazali się rewelacją turnieju i według tych marzycieli takiego cudu dokonać może tylko nestor polskich trenerów. Czy zatem przypadkowe jest, że akurat teraz ma on takie kłopoty w klubie, z którym osiąga tak rewelacyjne wyniki? A może to wszystko gra poza nami, która ma uczynić z pana Oresta selekcjonera reprezentacji Polski jeszcze przed Mistrzostwami Europy? Niemożliwe? Nie takie rzeczy polska piłka widziała. Inna sprawa, że ostatnio szef sportu w Polsacie Kmita, dziennikarz Rzeczpospolitej Szczepłek i redaktor Kołtoń również podpowiadają Smudzie, żeby się uczył od Lenczyka...
Nie czarujmy się, od wyniku reprezentacji Polski podczas Euro 2012 zależy w dużej mierze także los szefów PZPN. Kilkanaście miesięcy przed turniejem rząd nie śmie dobrać im się do skóry, bo doskonale zdaje sobie sprawę, że natychmiast wkroczy FIFA, zawiesi federację i miast wielkiego sukcesu organizacyjno-sportowego (cały czas mamy nadzieję, że tak będzie) nastąpi totalna kompromitacja. A kto byłby za wszystko odpowiedzialny dzisiaj? Oczywiście władza, wszak kibice nie darowaliby jej, że rozpieprzyła najważniejsze zawody w historii Polski. Trzeba więc poczekać – będzie dobry wynik, będą wypinane piersi do medali, będzie klapa – posypią się gromy. Jestem więc pewien, że w zaciszach gabinetów prezesa Laty trwa gorączkowa dyskusja, co robić. Czekać, aż Smuda uczyni cud i w kilka miesięcy nauczy polskie orły latać wyżej od innych oraz strzelać gola więcej od rywali o klasę lepszych? Mało prawdopodobne, wszak pan Franciszek aktualnie jest na wojnie z wieloma najważniejszymi kadrowiczami. W zasadzie należałoby napisać, że wojna już zakończona, a trup ścielił się gęsto, bo przecież Żewłakow odstrzelony, Boruc w dożywotniej „kozie”, Jeleń kontuzjowany, ale i chyba skutecznie zniechęcony przez „Franza”. Wszystko idzie w rozsypkę...
Naprawdę słyszałem z ust kilku prominentnych działaczy, jak narzekali, że „Smudę chcieli kibice i tak to potem jest, jak się słucha ludzi”. Prawda, chcieli go kibice, ale to było kilkanaście miesięcy temu. W tym czasie trener błyskawicznie roztrwonił swój autorytet. Przekonaliśmy się na własnej skórze, że rola selekcjonera zdecydowanie go przerosła. Próbował rządzić jak w klubie, gdzie można porządnie walnąć pięścią w stół, zagrozić posadzeniem na ławce, odesłaniem do drużyny rezerw lub rozwiązaniem kontraktu. Tymczasem reprezentacja to inna bajka. Piłkarzy trzeba tyle samo trenować i uczyć swoich pomysłów, co z nimi rozmawiać, szukać porozumienia, a nawet przyjaźni, którą później piłkarze w stu dwudziestu procentach oddają na boisku. Zdaje się, że pan Smuda akurat w tej materii mistrzem nie był, nie jest i chyba nie będzie. A skoro tak, to wcale nie zdziwię się, jeśli Lato pójdzie va banque? Moim zdaniem w jego głowie rodzi się szalony pomysł selekcjonerskiej roszady. Czy w tym szaleństwie jest metoda? Dobre pytanie, choć przyznaję uczciwie, ja bym zaryzykował. Do stracenia mamy chyba niewiele. Do zyskania wszystko! Poczekajmy jeszcze chwilę, bo gdzieś coś strzeli...
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

Gdybym był kibolem...

.... to bym się polowaniem na czarownice (zasadnym, ale chaotycznym, po fakcie i na pokaz) za bardzo nie przejmował. Zwłaszcza, patrząc jak druga strona barykady nie jest jednorodna, tak jak stadionowa bandyterka, przeciw której występuje.
Gdybym był kibolem, śmiałbym się z debato-kłótni u Tomasza Lisa, gdzie wojewoda mazowiecki Jacek Kozłowski miotał się w zeznaniach dotyczących zamknięcia warszawskiego stadionu, broniąc twardo decyzji rządu. Musiał się osłaniać, gdyż z przeciwległego fotela atakował Jacek Kurski, który przyszedł do studio tylko po to, by wychwalać PiS znajdując w wojewodzie nomen omen kozła ofiarnego. Nie dziwota, że kolejny „współbiesiadnik” u Lisa, niezastąpiony Jan Tomaszewski, pałał rządzą poderżnięcia gardła PZPN-owi, a dziennikarz „Gazety Wyborczej” Rafał Stec siedział z miną typu: co ja tutaj robię. Swoją drogą, celebryta publicystyki zaprosił do programu takich gości chyba tylko dla igrzysk i chleba.
Myślałem że Lisa nic nie przebije, a jednak pojawił się irracjonalny tele-wywiad przeprowadzony przez z-cę redaktora naczelnego „Gazety Polskiej” Katarzynę Górską-Hejke, która sama przeprasza, że w sprawach kibiców jest słabo zorientowana. Jednak nie przeszkadza jej to z udawaną niewiedzą zadawać „obiektywnych” pytań Piotrowi „Staruchowi" Staruchowiczowi i Wojciechowi Wiśniewskiemu ze Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa: Dlaczego stadiony są zamknięte, czy panowie chodzicie na mecze, jaka jest prawda, że „Staruch” to okropny łobuz.
Gdybym był kibolem, turlałbym się ze śmiechu już po samej wypowiedzi Wiśniewskiego (co ciekawe, członkiem Wydziału Bezpieczeństwa w PZPN-ie), w skrócie: - Mamy pretensje do rządu o oczernianie kibiców i nic nie robienie, aby na stadionach było lepiej. Ale prawdziwą tragikomedię odgrywa Górska-Hejkowska ze Staruchowiczem, który „chodzi na mecze 14 lat i nigdy włos mu z głowy nie spadł, zwłaszcza na nowym stadionie, będącym przykładem tego w jaki sposób powinny być organizowane imprezy masowe na bezpiecznym nowoczesnym obiekcie”. A wszystko to przy ugładzonej PR-owskiej postawie i anielskiej minie wnusia, którego nie sposób nie kochać.
I, żeby było jasne, dość już mam pobłażania chuliganerii, która wciąż trzęsie klubami, ale mam wrażenie, że rząd rzucił mięso armatnie na mięso armatnie, bo jak dla mnie zamykanie stadionów i zakaz wpuszczania na nie kibiców gości do końca sezonu ekstraklasy i niższych lig, kojarzy się z zamknięciem szkolnej stołówki, bo kilku nieprzystosowanych uczniów grymasiło, rzucając jedzeniem. Gdybym był kibolem, to tak jak „Staruch” z przerażająco drwiącym uśmieszkiem wiedziałbym, że rząd zadarł ze środowiskiem, które takie akcje konsolidują i jednoczą. Kibole są jednocześnie solą w oku, ale i solą stadionowego dopingowania i wierności. To nie „pikniki”, które nie wytrwają do końca przegranego meczu.
Mariusz Wójkowski

środa, 11 maja 2011

Piąstka premiera

Co by nam powiedział dobry PR-owiec? Ano powiedziałby, że premier Tusk znowu znakomicie odegrał swoją rolę. Gdy tylko wokół polskich kiboli znowu zawrzało, wyszedł na konferencję prasową, walnął zaciśniętą pięścią kilka razy w stół i zakomunikował: „koniec z kibolami, zamykamy stadiony i zamykać je będziemy aż do skutku”. No to ja się pytam, do jakiego skutku, bo właśnie tym wystąpieniem szef rządu dał znakomity dowód, że z kibolami państwo przegrywa na całej linii i nie ma bladego pojęcia, jak z tej walki wyjść zwycięsko. Bo na pewno nie metodą premiera. Bandytów nie bronię, bo nigdy nie nazywam ich kibicami, ale pachnie to dziadowską prowizorką i amatorką, gdy władza każe wszystkich za przewiny nielicznych. „Jeśli banda złodziei zacznie okradać i zaczepiać gości warszawskiej galerii Mokotów, to trzeba zamknąć... galerię”. Dobre sobie, tylko... głupie!

Kto wie, czy premier nie strzelił sobie samobója. „Czy już Donald zapomniałeś, jak na Lechii wojowałeś” – z takim transparentem przyszli w ostatni piątek na Łazienkowską kibice Legii. Na zamknięty stadion nie weszli, ale w głośny sposób, i co ważne, spokojny, zaprotestowali przeciwko decyzji rządu. Wspomnianym hasłem wbili szpilkę Tuskowi, którego doradcy od wizerunku sprytnie sprzedawali potencjalnym wyborcom młodzieńczą przeszłość premiera, wtedy kibica – buntownika. Czkawką odbija się też niedawny plakat wyborczy z orlikami. „Nie róbmy polityki, zamykajmy stadiony” – takie ulotki rozdawali mieszkańcom Poznania kibice Lecha. Trzeba przyznać – środowisko fanów futbolu jest dobrze zorganizowane. Odnoszę wrażenie, że o wiele lepiej niż państwo, którym dowodzi premier.

Tylko niech nikt nie próbuje mi zarzucić, że trzymam z bandytami, bo zauważyłem, że to naczelny argument tych wszystkich, którzy bezkrytycznie zgadzają się, że zamykanie stadionów to świetny pomysł, a jeśli ktoś śmie go krytykować, znajduje się po „ciemnej stronie mocy”. Przeanalizujmy fakty. Premier wali pięścią w stół i podsuwa wojewodom ściągawki, co robić i mówić. A z drugiej strony, główni winowajcy mają się świetnie, nikt nie jest za nic ukarany, a zwłaszcza najbardziej rozpoznawalny kibol obecnych czasów, czyli „Staruch”. Na niego zakazy stadionowe nie działają. Nawet premier jest za słaby... Na niego nic nie działa. Tak, jakby miał „immunitet” gwarantujący nietykalność. Diabli, a jeśli to prawda? Patrząc na bezkarność niektórych pseudokibiców trudno bagatelizować takie „wrzutki”. Ale jeśli tak, to wszystko jest bez sensu! Gangi Legii i Lecha pobiły się w Bydgoszczy, ale zamknięto stadiony w Warszawie i Poznaniu. Bo niebezpieczne. Ale tylko w sobotę, wszak dzień później przy Bułgarskiej zagra już Warta. Bo będzie bezpiecznie? Fakt, to wszystko bez sensu...
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 1 maja 2011

Z przykrością zawiadamiamy...

... że w drodze loterii Twój wniosek o bilety na Euro 2012 nie został wylosowany”. 12 milionów kibiców „biło się” o 560 tysięcy wejściówek, więc nie dziwmy się, że taki właśnie komunikat w mailach od UEFA dominował. A pamiętacie te zapchane serwery i kompletne szaleństwo, gdy kto żyw rzucił się do logowania na stronę UEFA, by dać sobie szansę na wylosowanie biletu na choć jeden mecz podczas Euro 2012?
Żeby owa szansa była większa, co bardziej zapobiegliwi utworzyli kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt kont na mamę, tatę, babcie dziadków i wszystkie znane i nieznane... „pociotki”. Pewien mój znajomy w ten sposób wszedł w posiadanie 18 kont, na każdym aplikując o 4 bilety. Na każdy stworzony adres otrzymał tę samą smutną informację.
Rozczarowanym być jednak nikt nie powinien, wszak od początku mieliśmy do czynienia z... matematyką. Znając wszystkie liczby wiadomym było, że niespełna pięć procent kibiców otrzyma sympatycznego maila. My zrobiliśmy rozpoznanie w grupie 200 zaprzyjaźnionych osób. „Z przykrością zawiadamiamy” przeczytało 188, a więc raptem dwunastka cieszyła się, że fortuna była po ich stronie. Raptem dwunastka, ale to i tak znacznie więcej niż średnia krajowa...
Choć to tylko matematyka, kibice chyba sobie tego nie uświadamiali, bo telefonów i maili od rozczarowanej większości odebraliśmy rekordowo dużo. Pocieszenia mamy na ten moment dwa. Po pierwsze, jeśli ktoś ze szczęśliwców nie wykupi biletów, wrócą one do puli UEFA, która w lipcu ze zwrotów dokona ponownego losowania. Może uda się wtedy? Drugie, to nasz błyskawiczny sondaż. Wyślijcie do nas SMS (szczegóły w najnowszym wydaniu "Tylko Piłki"), a po zakończeniu zabawy każdy otrzyma na swój telefon proste pytanie. Dla piątki, która najszybciej na nie odpowie przewidzieliśmy nagrody w postaci 50 zł.
Wszystkich rozczarowanych chciałem poinformować, że ja także znalazłem się w smutnej większości. Zresztą moja żona, mama i tata również...
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 13 kwietnia 2011

„Chłopaki - łobuziaki”

W przeciwieństwie do większości mediów nie zapomnieliśmy o sprawie (patrz tekst na str. 5), chociaż nic się tak naprawdę nie stało... Przecież pan „Staruch” spotkał się, przy aprobacie władz Legii, z Jakubem Rzeźniczakiem, który nie „szanował mordy, k...a, gnój je...ny”, że zacytuję kibola, psychicznie poszkodowanego przez zawodnika. Obaj panowie „wyjaśnili sobie wszystkie nieporozumienia” i już dwa dni później przybijali piątkę po pucharowym meczu w Gdańsku. Ach, co za idylla! Politycy powinni brać przykład od panów chuliganów i panów piłkarzy.

I od trenera Macieja Skorży, który nie chciał się wypowiadać na temat incydentu po meczu z Ruchem, za to w Gdańsku usłyszał tylko z sektora kibiców Legii skandowanie swojego nazwiska. Gróźb krzyczanych przez niemal całe spotkanie pod adresem dziennikarzy jakoś nie słyszał... Skoro już jestem przy kolegach po fachu, to naprawdę nie potrafię zrozumieć reakcji znakomitej większości, która bagatelizuje atak na Rzeźniczaka, i cały czas, z uporem godnym maniaka, pisze lub mówi o kibicach, a nie chuliganach czy bandytach. Takimi staną się dla nich pewnie dopiero wtedy, gdy sami zostaną napadnięci albo kiedy jakiś piłkarz lub trener dostanie „kosę” pod żebra. Gdyby kogoś z nas, czego nikomu nie życzę, napadli lub okradli, to sprawców nazwiemy porządnymi obywatelami, czy bandytami i złodziejami?

Warto sobie postawić pytanie o granicę naszego strachu przed bandytami ubranymi w klubowe szaliki. Bo druga strona nie ma żadnych granic, co pokazał „Staruch”, a wcześniej „Litar” czy „Misiek”. Dziś plują na rodzinę ubraną w narodowe barwy i atakują piłkarzy, co będzie jutro?
I, żeby było jasne. Nie stawiam znaku równości między kibicami, tymi prawdziwymi, a bandycką mniejszością, także odwiedzającą nasze stadiony. Najłatwiej uogólniać, jak to czyni choćby Tomasz Kwaśniak na portalu futbolnet.pl, gdzie wręcz lamentuje nad nagonką na kibica. „Do druku trafią niebawem słowniki, w których człowiek oglądający mecz na trybunach będzie figurował pod hasłem „bandyta” - pisze. Boi się także o edukację naszych pociech - „Tylko czekać aż dzieci w szkole będą powtarzać na rozkaz: „kibol twój wróg”.

Naprawdę nie potrafię zrozumieć, jak piętnowanie stadionowego chuligaństwa można odczytać jako nagonkę na kibiców. Może też powinienem założyć różowe okulary i dostrzec, jacy fajni kibice tylko przychodzą na mecze. Jakie fajne mają napisy na ubraniach, w stylu „chuj w dupę policji” czy „śmierć żydzewskiej kurwie”. Jak fajnie potrafią uderzeniem z liścia ustawić do pionu piłkarza. Lepiej niż trener. Fajne te chłopaki - łobuziaki!
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 6 kwietnia 2011

W stolicy śmiesznie i strasznie

Jeśli w ostatnich tygodniach na „tapecie” nie jest reprezentacja, to oczywiście niszę znakomicie wypełniają stołeczne Polonia i Legia. Chłopaki w „Czarnych Koszulach” w obronie pensji radzą sobie znacznie lepiej, niż z bronieniem dostępu do własnej bramki. Prawdziwe chłopaki z miasta, „wiochy nie robią”! Kaska jest, to granie jest, ale według zawodników kaski nie ma, więc grania nie ma, i nic tu nie zmienia 3-1 w Kielcach. Ale, ale! Jak to nie ma kaski, skoro prezes Wojciechowski zaprzysięga się, że wszyscy zawodnicy z podstawowej jedenastki regularnie zarabiają nie mniej, niż 50 tysięcy złotych?! Spieszę więc z wyjaśnieniem, że według piłkarzy ta kasa się... nie liczy! Używając „pięknych” porównań, wynegocjowana w kontraktach „stałka” piłkarzom należna jest niczym psu buda. Oni upominają się o premie za... wygrane mecze. Nikt chłopakom nie chciał zapisać w kontraktach bonusów za zwycięskie potyczki, to sobie u progu wiosny pofolgowali. Snuli się więc bidule najpierw po boisku, a potem po warszawskich galeriach, gdzie pilnowali, żeby wokół ich obejścia wiochy nie było. Miastowi przecież. Eleganccy, pachnący, uśmiechnięci modnisie. - Spodni w spożywczaku kupował nie będę - bronił się Łukasz Trałka, któremu podczas jednego z kibicowskich spotkań fani zarzucali... nic nie robienie. Ma rację chłopak, spodnie ze spożywczaka? Toż to wiocha na całego! Gdyby jednak świat był choć ciupinkę sprawiedliwy, to Trałka i jemu podobni zaliczyliby porządną finansową jatkę. Tylko panie prezesie Wojciechowski, nie w postaci 50 tysięcy zł miesięcznie za bywanie zawodowym piłkarzem. Leniów pan bagatymi zrobił, ot cała prawda!
Za miedzą, przy Łazienkowskiej, równie śmiesznie, ale też niebezpiecznie! - Była burza, będzie tsunami – grzmiał Skorża po porażce ze Śląskiem. I miał rację. Legię zmiótł potem Bełchatów, a w miniony weekend na ich obiekcie do woli postrzelał sobie Ruch. Tsunami szaleje, a Skorża jak nic nie rozumiał, tak dalej nie rozumie. Na ostatniej konferencji prasowej próbował się bronić absencją Choto, ogłaszając, że „jego powrót, to kluczowa sprawa”. Ja na miejscu włodarzy Legii szybciutko wyrzuciłbym z pracy pana Maćka, bo „enty” już raz udowadnia, że z trenerką i właściwym przygotowaniem drużyny ma niewiele wspólnego (pamiętacie kompromitację Wisły z Levadią pod jego batutą?). Coś mi się wydaje, że pod jego ręką naszej ekstraklasy nie wygrałaby nawet... Barcelona! Marny żart? Może i tak, ale stan moich myśli oddaje idealnie. Najgorsze, że pan trener choćby słowem nie wydusił tej wiosny, że cokolwiek to jego wina i za cokolwiek bierze odpowiedzialność. On tylko nic nie rozumie... Ale czy widzieliście polskiego trenera, który sam podał się do dymisji? Nie pomagają białe chusteczki, coraz bardziej obelżywe krzyki z trybun w kierunku prezesa, samego Skorży i jego piłkarzy. Na dodatek brutalnie zaatakowano Jakuba Rzeźniczaka, którego jakiś bandyta po meczu z Ruchem uderzył w twarz. Co jeszcze musi się stać, zanim do Skorży dotrze, że kompletnie rozwalił drużynę?! Co jeszcze musi się stać, zanim zrozumieją to jego przełożeni? Fakt, nie można poddawać się dyktatowi kiboli, ale akurat w tej sytuacji na niekorzyść trenera od dawna przemawiają wyniki. Pardon, raczej totalny ich brak.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 23 marca 2011

Nie zdanżam...

Na początek zagadka: Lech i Ruch – po 8, Jagiellonia i Lechia – po 9, Cracovia, Korona, Legia i Śląsk – po 10, GKS 11, Polonia Bytom 12, Arka i Wisła – po 13, Górnik 16, Widzew 20, Zagłębie 21, wreszcie Polonia Warszawa 22. Co to za liczby? Jeśli znasz odpowiedź, wyślij SMS-a na numer... tysiąc pięćset dwa dziewięćset i bądź z siebie dumny, że znasz odpowiedź na tak karkołomnie postawione pytanie. Jeśli nie masz pojęcia, nie wysyłaj, tylko czytaj dalej... Otóż każda z tych liczb oznacza ilość zmian trenerów w poszczególnych klubach ekstraklasy w ostatnich... 10 latach!
Szybko można obliczyć, że średnia dla każdej drużyny to „szkoleniowiec” (cudzysłów konieczny, bo w tym czasie nikt nikogo nie wyszkoli) pracujący mniej niż 12 miesięcy! To nie jest normalne. To chore, i nie można całej winy za taką statystykę, zwalać na cyrk przy Konwiktorskiej firmowany przez sztukmistrza JW. Inni nie są lepsi.
Weźmy na tapetę miedziowe gabinety, gdzie właśnie wymyślono Urbana w miejsce Bajora. Przecież nie od dziś wiadomo, że działaczom KGHM jakoś ten Bajor nie pasował. Po jakiego grzyba zatem powierzyli mu zimowe przygotowania, skoro robotę wymówili zaraz po wiosennym starcie? Teraz Urban szczerzy zęby z radości, bo z powodu dwutygodniowej przerwy na mecze reprezentacji wreszcie będzie mógł dłużej popracować z zespołem oraz lepiej poznać podopiecznych. Czy tak, mam na myśli oczywiście działaczy „Miedziowych”, postępują profesjonalni menedżerowie zarządzający poważnymi firmami?
Jakby tego było mało, z siedziby poznańskiego Lecha ktoś puścił do mediów plotkę na temat niepewnej sytuacji Bakero. Jeśli te pogłoski się potwierdzą, a „Kolejorz” zaliczy kolejne po Cracovii potknięcie, w stolicy Wielkopolski głowy prezesów znowu rozgrzeją się do czerwoności i kogoś wymyślą. Kogo?
Może Rafała Ulatowskiego, bo na taki pomysł wpadła część osób odpowiedzialnych za funkcjonowanie... Korony. Tak, tak. Tej samej, która jesienią była rewelacją ekstraklasy pod wodzą ponoć wtedy bardzo zdolnego Marcina Sasala. Wystarczyło wiosną przegrać z Widzewem oraz zremisować z bytomską Polonią, by już młodym zdolnym nie być. Tak przynajmniej wydedukował Jarosław Niebudek, dyrektor do spraw sportowych w kieleckim klubie. Ponoć już zaczął rozmowy z Ulatowskim. Na szczęście w Koronie górę wzięło racjonalne myślenie i prezes Chojnowski postanowił urlopować do maja... Niebudka. Biedak pewnie nie mógł zrozumieć, że każda drużyna miewa dołek i postanowił go zasypać zwalniając Sasala.
Rotuj się kto w Boga wierzy. Dupiak na miejsce Bartkowiaka, Czajkowski z wydziału na wydział, Kubiak z wydziału na redakcję, Stefaniak z PAX-u do Śmaksu, a Maliniak w maliny! Nowy rząd!” – mówił Jan Pietrzak w niezapomnianych „Personalnych szachistach”. Prezesi naszych klubów oglądali chyba tylko ten skecz. Bo choć piszę komentarz w niedzielę wieczorem z wywalonym jęzorem, wiem, że ci piłkarscy „personalni szachiści” zawsze będą przede mną. Bakero, Bartoszek, Nawałka, Probierz... Kto następny? Panowie prezesi, błagam, nie zdanżam z tekstem na czas!
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 9 marca 2011

Smuda przegina

Do tego, że selekcjoner reprezentacji Polski plecie, co mu ślina na język przyniesie, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Gdybyśmy dokładnie prześledzili jego wszystkie wypowiedzi odnośnie drużyny narodowej budowanej na Euro 2012, Smuda już dziś zdobyłby mistrzostwo Europy. Ba! świata nawet, ale nie w piłce nożnej, tylko w niekonsekwencji. Dodatkowo mógłby otrzymać Złotą Piłkę za niewiarygodne zaprzeczanie swoim słowom i deklaracjom w dwóch wywiadach udzielonych w tym samym czasie różnym gazetom.

Przykład najświeższy to chory pomysł selekcjonera na rozpoczęcie zgrupowania przed czerwcowym tryptykiem towarzyskich meczów, jeszcze przed końcem rozgrywek ekstraklasy! Smuda wymyślił sobie, że przeniesie się w czasie do lat 70. ubiegłego wieku i, jak Kazimierz Górski, skoszaruje kadrowiczów na trzytygodniowym obozie. Kluby miałyby oddać zawodników, jeżeli tylko nie będą już walczyć o konkretne cele. Selekcjoner chyba przestał śledzić rozgrywki ekstraklasy. Po 17. kolejce na przykład dziewiąty Widzew ma „aż” 4 punkty przewagi nad piętnastą Arką, za to ósmy Lech traci tylko 6 „oczek” do trzeciej Legii. Założę się, że na finiszu ligi różnice będą jeszcze mniejsze, a zespoły o nic nie grające będzie można policzyć na palcach jednej dłoni... drwala. Przecież im wyższa lokata na koniec sezonu, tym w klubowej kasie dodatkowe 200 tys. zł więcej od telewizji Canal+. Smuda zwyczajnie przegiął z tym pomysłem, co zresztą szybko do zrozumnienia dały mu kluby.

Jeszcze przed lutowym sparingiem z Norwegami zadeklarował, że to spotkanie, wraz z marcowymi pojedynkami z Litwą i Grecją, ma zakończyć jego poszukiwania piłkarzy na Mistrzostwa Europy. Od czerwcowych meczów kadra ma pracować już tylko nad taktyką, zgraniem i stałymi fragmentami. I tu się pojawia niekonsekwencja Smudy, bo po co rozpoczynać to zgrupowanie o sześć dni wcześniej, skoro selekcja miała zakończyć się dwa miesiące wcześniej? Zresztą nie wierzę, że trener chce tak długo szlifować formę Plizgi czy Celebana, skoro ciągle przypomina, jak to nie może doczekać się Arboledy i Perquisa.
Niech szef kadry lepiej teraz przypilnuje swój sztab na okoliczność tego, z kim w czerwcu zagramy. Na razie wiadomo, że 9 czerwca w Gdańsku przetestuje nas Francja. „Trójkolorowi”, co jest wielce prawdopodobne, przywiozą swój drugi garnitur, bo Francuzi po raz kolejny nie chcą umierać, pardon, grać w Gdańsku. Za to z kim zmierzymy się 2 i 6 czerwca, jest na razie wielką zagadką, a lista potencjalnych, wymagających rywali, szybko topnieje. Jak lód na rozgrzanej dziwnymi pomysłami głowie selekcjonera.
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 20 lutego 2011

Doczekać... gęsiej skórki!

Piłkarski rok dla kibiców wcale nie zaczyna się wraz z pierwszym treningiem noworocznym „Pasów”. W ostatnich latach zazwyczaj był to premierowy gwizdek oznaczający początek wiosennej rundy ekstraklasy, jednak tym razem walkę o ligowe punkty uprzedzili Lechici bitwą o 1/8 finału Ligi Europy. I było to całkiem miłe przywitanie. Oby się okazało, że w miniony czwartek byliśmy świadkami pozytywnego tąpnięcia w polskiej piłce. Oby rację miał mój redakcyjny kolega, który tuż po końcowym gwizdku tego spotkania życzył nam wszystkim „udanej wycieczki na Anfield Road”.

Paradoksalne, ale jednak nie sam wynik 1-0 Lecha z Bragą ucieszył mnie najbardziej, a niektóre komentarze po spotkaniu. Z radością bowiem czytałem i słuchałem, jak trener Portugalczyków Domingos oraz niemal wszyscy jego podopieczni kilka chwil po meczu zaklinali rzeczywistość. Zwykle to nasi mają żal do całego świata za krzywe boisko i pecha, ale tym razem to przeciwnicy efektownie nas w tym wyręczali. Przyjemnie było więc słuchać, że to oni kontrolowali wydarzenia na boisku, że niemal cały mecz mieli piłkę przy nodze, a polegli tylko dlatego, że popełnili jeden błąd, a w dodatku było przecież za zimno i murawa sprzyjała wyłącznie mistrzom Polski.

Oddając sprawiedliwość gościom zwracam jednak uwagę, że gdy przyjezdnym ostygły już nieco głowy, potrafili mówić także całkiem do rzeczy, jakby zaprzeczając wcześniejszym wynurzeniom. Tego również słuchało się pysznie. - Mistrzowie Polski wyszli z jednej z najsilniejszych grup i już choćby z tego powodu należy im się szacunek i uznanie klasy - słyszeliśmy z ust bramkarza Bragi. - Oni są niezwykle silni fizycznie, w tym elemencie wyraźnie nad nami górowali - mówił jeszcze. Słyszeć takie komplementy o grze polskiej drużyny klubowej w pierwszym poważnym sprawdzianie po zimowej przerwie to prawdziwa rzadkość, absolutnie warta odnotowania. Pamiętajmy o tym zwłaszcza w momentach, gdy zbliżając się do pojedynku rewanżowego nasilać się będą komentarze, że 1-0 nie wystarczy, a rywal na własnym stadionie pokaże nam prawdziwą piłkę. Zamiast uprawiać czarne scenariusze weźmy lepiej przykład z portugalskich dziennikarzy, którzy nie mając powodów do radości z samego meczu znaleźli inny pozytyw. - Poznań w śniegu jest piękny - donosili swoim czytelnikom korespondenci „A Bola”. I wcale nie chodzi o to, czy mieli rację. Chciałoby się jednak doczekać następnej rundy i wyjazdu na Anfield Road w Liverpoolu lub Generali Arena w Pradze. Fajnie byłoby donieść naszym Czytelnikom o gęsiej skórce podczas odśpiewywania klubowego hymnu Anglików lub chóralnych śpiewach tysięcy naszych, którzy zapewne najechaliby bliską nam przecież stolicę Czech. Jesteśmy w pół drogi, choć bliżej, niż dalej...

Super, że zimą dobrze zaczęła się nam wiosna.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 13 lutego 2011

Oceny? Lepiej nauczmy się świętować

Kadra Franciszka Smudy – w kiepskim i mniej kiepskim stylu, ale jednak – rozpoczęła rok 2011 od dwóch zwycięstw. To dobry znak? Niby tak, bo wygrywanie po słabej grze to również sztuka. Ale spotkania na Euro 2012 – tak jak mecze derbowe czy pucharowe – będą rządzić się własnymi prawami. To co kadra prezentuje obecnie, co pokaże w następnych sparingach, nie będzie miało wielkiego przełożenia na jej postawę podczas polsko – ukraińskiego turnieju.

Oczywiście, selekcja zawodników musi postępować, więc Smudzie są potrzebne takie mecze. Nie da się jednak przewidzieć dyspozycji dnia, w jakiej „Biało-Czerwoni” będą podczas meczów o stawkę, ani zdarzeń losowych, mających wpływ na personalia. Nie można zgadnąć, czy akurat po naszej stronie będzie łut szczęścia. Nie wiadomo, czy rozszalały tłum polskich kibiców zwiąże nogi naszym piłkarzom, czy raczej doda im skrzydeł. A to są ważne kwestie – nawet kluczowe w przypadku reprezentacji Polski.

Rachunek prawdopodobieństwa jest dla Polaków bezlitosny. Poprzednie turnieje z ich udziałem jasno wskazują, że wielkim sukcesem będzie – bez względu na jakość grupowych rywali – awans do kolejnej fazy. I nie ma się co łudzić, że do czerwca 2012 roku w tej kwestii coś się zmieni. Polska jest i pozostanie do „naszego Euro” jedynie europejskim średniakiem. Dobrze to wcześniej zrozumieć, by nie tracić sił na niepotrzebne rozterki emocjonalne (a nuż ktoś uwierzy, że trio z Borussii poprowadzi nas do finału) i bezcelowe rozważania.

Śmieszą mnie złośliwe sprzeczki internautów o to, kto powinien tworzyć wyjściową „11” Polaków, a kto może w niej wystąpić jedynie jako bohater gry komputerowej. Dziwią mnie nie mniej kąśliwe dyskusje dziennikarzy i ekspertów, bo jedni widzą przyszłych bohaterów w tych, których inni nazywają frajerami.

Czas na wystawianie ocen przyjdzie po zakończeniu turnieju. Teraz lepiej nauczyć się radości z każdego sparingu z silnym rywalem (ja chcę spotkania z Brazylią). Cieszenia się każdym meczem (nie tylko Polaków) rozegranym w ramach zbliżającego się wielkimi krokami święta.
Lech Poznań – przed rozpoczęciem zmagań fazy grupowej Ligi Europy – mógł cieszyć się tylko z atrakcyjnego losowania. Nikt przecież serio nie przypuszczał, że „wykosi” gigantów i awansuje dalej. I dobrze, bo gdyby się skupiano tylko na końcowym wyniku, wiele bezcennych chwil uciekłoby w gwarze pustych pogadanek. Dlatego czas Euro 2012, gdy będziemy europejską stolicą futbolu, trzeba będzie celebrować. Grzechem byłoby go przegadać...

Adrian Wawrzyczek
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 9 lutego 2011

Gdzie dwóch się bije

Gdybym, w sporze trenera „Biało-Czerwonych” Franciszka Smudy z właścicielem Polonii Warszawa Józefem Wojciechowskimo dostępność piłkarzy „Czarnych Koszul” dla reprezentacji, miał się opowiedzieć za którąś ze stron, stanąłbym po środku, bo obaj robią krzywdę, tylko nie sobie.

Smuda powołał Tomasza Jodłowca, Adriana Mierzejewskiego, Macieja Sadloka i Artura Sobiecha na zgrupowanie w Portugalii. Prezes Polonii zgodził się na przyjazd zawodników (Mierzejewski i Sadlok) na mecz z Norwegią (nie ma wyjścia, gdyż jest to oficjalny termin FIFA), ale na Mołdawię (Jodłowiec, Sobiech) już nie, bo jest to nieoficjalna data i ma takie prawo. Smuda wściekł się, że albo stołeczni przyjeżdżają na całe zgrupowanie, albo wcale, by później ugryźć się w język, iż ostatni raz idzie na taki kompromis. Wojciechowski podkopał dołek, twierdząc że jego piłkarze z obozu w Hiszpanii do Portugalii, mając do pokonania 400 km, zdążą tylko na przedmeczowy rozruch, mimo iż są szybsze połączenia. „Franz” stanął okoniem, z Polonistów zrezygnował, mówiąc o skandalu: -trenerowi polskiego klubu nie zależy na tym, by jego zawodnicy brali udział w przygotowaniach reprezentacji. I pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu, gdy do kadry Leo Beenhakker podbierał Smudzie podopiecznych z Lecha, obecny selekcjoner myślał odwrotnie.

Smuda i Wojciechowski posprzeczali się o swoje miejsce w piaskownicy, a po łbie łopatką dostaną zawodnicy, którym, jak najtrzeźwiej w tym całym zamieszaniu zauważył były kadrowicz Jacek Bąk, zrobiono krzywdę, gdyż oni na pewno chcieli przyjechać. Stała się krzywda i wszystko wskazuje na to, że będzie ona czyniona dalej, czytając między wierszami w jednej z ostatnich wypowiedzi Smudy: - Skoro nowy trener Polonii chce mieć optymalnie przygotowaną drużynę na pierwszy mecz ćwierćfinałowy Pucharu Polski z Lechem, to zastanawiam się, co będzie, jeśli przegrają. A nie wiem, czy będę dalej powoływał piłkarzy tego klubu. Przecież dojdą kontuzjowani jak Sebastian Boenisch. Może już do końca sezonu nie będę przeszkadzał, żeby puchar i mistrzostwo zdobyli...

Niestety w tym przypadku, gdzie dwóch się bije, tam trzeci nie skorzysta.

Tak na marginesie, o ile Bąk zauważył najistotniejszy problem, tak Roman Kosecki dorzucił swoje bzdurne trzy grosze do konfliktu reprezentacja - Polonia. „Kosa” twierdzi, że na miejscu czwórki Polonistów powiedziałby do prezesa: - No to mnie ukarz finansowo, a ja i tak pojadę na reprezentację. Bo to moja kariera, a kadra jest najważniejsza. Trzeba mieć charyzmę i jaja. Gdyby wbrew prezesowi pojechali na zgrupowanie kadry, to by na pewno nie stracili.
Ciekawe, czy Kosecki był taki mądry za czasów gry w Atletico Madryt, gdy klubowi prezesował Jesus Gil, dla którego zwolnienia trenerów były splunięciem.

Mariusz Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

czwartek, 3 lutego 2011

Chuliganka ma się dobrze!

Pamiętam, jak kilkanaście tygodni temu byłem święcie oburzony na dokument emitowany w jednej z polskich telewizji, w którym nasi fani przedstawiani byli jako chuligani, żeby nie napisać wprost - bandyci. I co? Wygłupiłem się, naiwnie wierząc, że takie sytuacje na naszych stadionach to coś więcej, niż margines. Oglądając taśmy z monitoringu meczu Polska - Wybrzeże Kości Słoniowej, na których widzimy kibola plującego i szturchającego innego mężczyznę, czerwieniałem ze wstydu, ale i złości. Bo to nie jest tak, że nigdy czegoś takiego nie widziałem na polskim stadionie. Tym poruszony byłem jakby... mniej. Bardziej wkurzyło mnie, że gdyby nie „Wyborcza”, nikt o tym by się nie dowiedział. Jeszcze mocniej wkurzony byłem, śledząc całe zajście już po... zajściu. Wnioski mam straszne - takie sytuacje będą się powtarzać! Dlaczego? Bo instytucje i ludzie odpowiedzialni za porządek w tej materii, albo nie wiedzą co mówią, ale mówią bzdury!

Najgorsze, że mowa o służbach, które powinny zbudować bezpieczeństwo na polskich stadionach w trakcie Euro 2012. - Podczas turnieju żadni przypadkowi ochroniarze nie pojawią się na stadionach - taki kit wciska nam rzecznik spółki Euro 2012 Polska, Juliusz Głuski. To fajnie, tylko ja pytam, dlaczego dzisiaj, na jedynym czynnym już obiekcie nadchodzących Mistrzostw Europy, ochroną zajmuje się ktoś, kto pluje, szturcha i miast być obrońcą uciśnionych, tychże uciśnionych poniewiera? Mało tego, szef „Wiary Lecha” robi biznesy z klubem (jego firma kateringowa obsługuje choćby mecze ligowe „Kolejorza”), a na salonach przyjmowana jest z atencją i szacunkiem godnym mądrych i kulturalnych ludzi, podczas gdy w rzeczywistości jest zgrają siejącą strach. I niech nikt w związku nie tłumaczy nam, że za to odpowiedzialni są decydenci Lecha. Owszem, oni też, albo oni przede wszystkim, ale jeśli PZPN naprawdę chciałby wyplenić z naszych stadionów chamstwo i przemoc, to nigdy nie pozwoliłby, aby tacy ludzie mogli wchodzić na nasze stadiony. A oni nie dość, że wchodzą, to jeszcze robią na tym kokosy. O tym też nikt odpowiedzialny nie wie?

- Jestem zaskoczony, o sprawie dowiaduję się od pana - z rozbrajającą szczerością tłumaczył się nie mający pojęcia o całym zajściu szef Wydziału ds. Bezpieczeństwa na Obiektach Piłkarskich w PZPN, Andrzej Bińkowski! Toż to zgroza, żeby taki facet dowiadywał się o czymś podobnym od dziennikarza! Na litość boską, czy w naszym kraju urzędnicy muszą być tak beznadziejni? Przecież ta wypowiedź powinna powalić chłopa na łopatki i pan Bińkowski sekundę po takiej kompromitującej wypowiedzi winien wylecieć z hukiem ze stanowiska. Bo kto ma o takich rzeczach wiedzieć, jak nie on?!

Jeśli wreszcie ważni ludzie tego nie zrozumieją, to „Wiara Lecha” i inne tym podobne szajki zdominują nasze stadiony. Nie może być przecież tak, że kamery sobie, a chamstwo sobie. Nie może być tak, że zamiast siły polskiego prawa, agresorom przeciwstawiają się dwie... kobiety. - Nie wiem, dlaczego nie wyłowiono tego incydentu - przyznaje Bińkowski. A ja nie wiem, co pan robi na stanowisku szefa Wydziału ds. Bezpieczeństwa na Obiektach Piłkarskich w PZPN. Doprawy to frustrujące, że w naszym kraju powoli nikt za nic nie odpowiada.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 26 stycznia 2011

Ach, co to był za mecz...

Wrocławska prokuratura znowu sieje postrach pośród gwiazd, gwiazdeczek i meteorów naszej piłki, jakże wspaniale rozwijającej się dzięki Euro 2012, że przytoczę oficjalną formułkę polityków oraz wierchuszki PZPN-u.

Tym razem policja przywiozła do stolicy Dolnego Śląska Pawła D. i Marcina B., dwóch byłych piłkarzy Cracovii, którym postawiono zarzuty ustawienia meczu, którego wynik „pozwolił drużynie przeciwnej na udział w rozgrywkach o Puchar UEFA w sezonie 2006/2007”, jak oficjalnie poinformował rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu. Wszystko wskazuje na to, że chodzi o spotkanie Cracovia - Zagłębie Lubin (wynik 0-0), z ostatniej kolejki wspomnianego sezonu.

Dzięki dziennikarzom stacji Orange Sport Info mogliśmy przypomnieć sobie fragmenty tego wspaniałego widowiska. Obejrzeliśmy, jak piłkarze „Pasów” nieudolnie rozgrywają piłkę, prawie wszystkie podania posyłają w nicość, a zamiast na bramkę rywala, strzelają Panu Bogu w okno. Zawodnicy Zagłębia w tych „dryblingach” im nie przeszkadzali. D. i B. często gościli w telewizyjnym skrócie, jako autorzy wielu „znakomitych” zagrań. Trudno to nazwać meczem ekstraklasy. To była raczej farsa, nawet nie podwórkowa kopanina, bo tam przynajmniej młodzi chłopcy grają ambitnie, nawet jeśli brak im umiejętności. Tu ambicja została w szatni, zamiast niej jedni wyłożyli 100 tysięcy zł, a drudzy je zainkasowali.

Takich meczów ekstraklasy w ostatnich kilkunastu latach obejrzeliśmy setki, jeśli nie tysiące. Często kpiliśmy z popisów boiskowych wirtuozów, za co dostawaliśmy połajanki, że takim pisaniem podcinamy gałąź, na której siedzimy, bo przecież obżydzamy ludziom zainteresowanie rodzima piłką. Tyle że gałąź już od dawna jest przegnita i spruchniała, i wcale nie musimy jej piłować. A gnije głównie dzięki takim ludziom jak Marcin B., który przyznał się do winy. B. zapamiętałem z jednego meczu. 10 kwietnia 2005 r., tuż po śmierci papieża, Cracovia pokonała Legię po golu strzelonym przez B. w ostatniej minucie. Po bramce ukląkł na boisku, bluzgami odganiał gratulujących mu kolegów, aby wszyscy zobaczyli, że ma pod koszulką t-shirt z napisem „Dziękujemy za wszystko Ojcze Święty”...

Polski futbol gnije, gdy Stefan Białas, trener Cracovii w tamtym meczu, mówi dziś dziennikarzowi „Rzeczpospolitej”, że jest zdziwiony całą sprawą, bo w przerwie spotkania „dwaj piłkarze wymiotowali, co zwykle oznacza, że zawodnik daje z siebie wszystko”. Po co opowiadać takie bajki? W telewizyjnym skrócie jakoś nie było widać, żeby ktoś grał na „zapalenie płuc”. Z kolei Franciszek Smuda, wtedy trener Zagłębia, zagadnięty o to spotkanie, raz mówi, że o całej sprawie dowiaduje się dopiero teraz od dziennikarza, by za chwilę w innej rozmowie z przedstawicielem mediów wypalić - „Pamiętam tamten mecz. Dziwnie wyglądał, jakby nikt gola nie chciał strzelić”.

Nie wiadomo - śmiać się czy płakać? Może lepiej się pośmiać. My się śmiejemy z tych, którzy wyrzucili te 100 tys. zł w błoto. Bo przecież dwa miesiące później, po „wspaniałych” bojach w I rundzie eliminacji Pucharu UEFA, Zagłębie odpadło z białoruskim Dinamem Mińsk. Warto było?
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 19 stycznia 2011

Pan Hilary wraca do gry!

Patrząc na tabelę ekstraklasy po jesieni, trudno nie zauważyć, że nie tylko walka o czołowe lokaty może wiosną trwać dosłownie do ostatnich sekund bieżącego sezonu. Także na dole tabeli zapowiada się bój do krwi ostatniej, no chyba z wyjątkiem... ostatniej Cracovii, która musiałaby zacząć rundę rewanżową od trzech kolejnych zwycięstw, by złapać kontakt z resztą stawki. Ale gra nie toczy się tylko na boisku.

„Pasy”, podobnie jak reszta ekip z dołu tabeli, zbroi się przed decydującym starciem. Dziurę w obronie ma załatać Słoweniec, a napastnikom piłki będzie dogrywał powracający Giza. W Gdyni zakontraktowali łowcę goli rodem z Peru, w Chorzowie postawili na weterana Zieńczuka, w Lubinie na Nigeryjczyka kupionego w Lombardzie, a już w Łodzi międzynarodówka na całego.

Te wszystkie transfery są na nic! Szkoda czasu i pieniędzy. Najważniejsze role w walce o utrzymanie odegra siódemka następujących „zawodników”: Hilary Nowak, Grzegorz Kołtuniak, Janina Kozakiewicz, Jacek Kryszczuk, Tomasz Muszyński, Radosław Osmólski i Andrzej Springer. Nie, nie znajdziecie ich w naszej giełdzie transferowej na str. 4. Nie są oni też nieznanymi talentami z niższych lig, odkrytymi przez wspaniałych skautów naszych klubów. To... skład Komisji ds. Licencji Klubowych Ekstraklasy w Polskim Związku Piłki Nożnej. Kapitanem „drużyny” jest pan Nowak, który już zabrał głos w sprawie Ruchu. Oznajmił, że chorzowianom grozi odebranie bądź zawieszenie licencji za niezrealizowanie wyroku Związkowego Trybunału Piłkarskiego w PZPN.

Otóż w listopadzie ubiegłego roku ZTP uznał racje wierzycieli „Niebieskich” (trener Lenczyk plus siedmiu byłych zawodników) i ukarał klub grzywną 100 tys. zł oraz zasądził miesiąc na oddanie miliona zł zaległych wypłat. Włodarze Ruchu stanęli okoniem. Stwierdzili, że nie zapłacą ani grzywny, ani rzekomego zadłużenia. Jednocześnie przypomnieli, że sam PZPN potwierdził, i to uchwałą, że długi, jakie spółka przejęła kilka lat temu od stowarzyszenia, zostały spłacone. Mało tego! Klub czuje się pokrzywdzony, bo wśród osób żądających pieniędzy są takie, które swoje pieniądze już otrzymały. Co do złotówki. W ich imieniu ściągnął je z klubowego konta komornik.

Jeśli tak, to w co gra pan Hilary z PZPN?! Czyżby w Komisji ds. Licencji już kręcą kolejny odcinek „Piłkarskiego Pokera”? Część mediów podchwyciła temat i trąbi na całego w stylu „Ruch nie płaci, Ruch nie dostanie licencji!”.
Jednocześnie od początku roku obserwuję niewiarygodną nagonkę w jednej z gazet na bytomską Polonię. Że to dziadowski klub, który nie płaci piłkarzom, w dodatku z dziadowskim stadionem, i my wszyscy mamy już ponoć dość tego dziadostwa. Dlatego nawet jak bytomianie się utrzymają na boisku, to najlepiej zdegradować ich przy zielonym stoliku, oczywiście odbierając licencję. Z PZPN-u już słychać głosy, że Polonia może mieć kłopoty...

Idąc dalej takim tokiem, pewnie znaleźlibyśmy w ekstraklasie jeszcze jakiegoś „dziada”, bo na jej zapleczu jest ich mnóstwo. Panie Hilary! Weź pan ekstraklasę oraz I ligę pod lupę i rozwal to dziadostwo! Tylko najpierw proszę przeczytać tekst obok, o tym, jak kończą się zabawy PZPN-u z licencjami. Te gierki mogą okazać się kosztowne.
PS. Wiele osób mówi, że pozostanie Cracovii w ekstraklasie jest niemożliwe. Kochani, słowo „niemożliwe” nie istnieje w polskiej rzeczywistości piłkarskiej. Zwłaszcza w tej pozaboiskowej.
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

sobota, 15 stycznia 2011

Bez wikipedii ani rusz!

Siadam i płaczę, bo czytam i nie wierzę! Co kilka dni dopada mnie bowiem chandra, w skrócie polegająca mniej więcej na tym, że poziom polskiego dziennikarstwa sportowego leci na łeb na szyję. Wiem co piszę, wszak na co dzień jako naczelny zmagam się z twórczą indolencją rzeszy chętnych do uprawiania tego zawodu, którzy marzą o zaistnieniu w tym środowisku, ale najczęściej ich jedynym drogowskazem do bycia kimś pozostaje... wikipedia. Jeśli w interesującym ich temacie nic tam nie ma, stawiają kropkę, materiał uznając za zakończony i oczywiście kompletny! Jest jeszcze jedno źródło ratunkowe, czyli newsy z tzw. mediów mainstreamowych. Czego one nie napiszą, tego nie ma! Jaką głupotę nam wtłoczą, taka funkcjonuje jako... prawda. I potem dziwimy się, że żaden dziennikarz sportowy nie ma szans nawet powąchać jakiegokolwiek wyróżnienia dziennikarskiego.

Przykłady? Kilka z ostatnich dni, może tygodni.

„Ronaldo zamknął fabrykę”, czyli już nigdy nie może mieć dzieci, bo poddał się sterylizacji. Krzyczały o tym niemal wszystkie nasze media, tymczasem Brazylijczyk poddał się wazektomii, a to proces odwracalny, czyli dzisiaj dzieci mieć nie może, ale jeśli zechce, lekarze potrafią przywrócić mu „męskość”. Warunek - pacjent ma świadomość, że "zabieg powrotny" obarczony jest ryzykiem oraz sporo kosztuje. Sądzicie, że Ronaldo tego nie wiedział?! Prostowaliśmy te głupoty na naszych łamach...

Ronaldinho po 10 latach wrócił do ojczyzny. Piękna bajka o powrocie do kraju geniusza piłki łzawi oczy milionów fanów, ale żeby ktoś zechciał poszperać i odpowiedzieć na pytanie, jakim cudem biedne Flamengo dokonało rekordowego w historii Ameryki Południowej transferu? Znowu psujemy ten laurkowy obrazek, wchodząc w szczegóły w najnowszym numerze „Tylko Piłki”.

Zbigniew Adamczyk - ten jegomość w imieniu polskich dziennikarzy głosował na najlepszego piłkarza świata w plebiscycie „France Football” i FIFA. „Nikt nie zna tego faceta” - zgodnym chórem krzyczą "wielcy" sportowego pióra, bo za takich z pewnością uważają się dziennikarze np. weszlo.com, czy choćby polskiego radia. Zazdroszczą, że to nie oni wybierali? Jeśli tak, to dobrze, że mają takie ambicje, rzecz jednak w tym, że teraz na to absolutnie nie zasługują! Bo co to za dziennikarze, którzy miast dociec, kim jest rzeczony Adamczyk, lecą po płytkiej bandzie tekstami w stylu „nikt nie zna tego faceta”. My nie mieliśmy żadnego problemu z dowiedzeniem się, kim jest „ten nieznany nikomu facet” (zapraszam do lektury "Tylko Piłki"). Okey, może typować powinien ktoś inny, ale przecież nie o tym tu mowa...

Przepraszam za to autorskie i subiektywne wkurzenie, ale muszę i chcę bronić „Tylko Piłki”! Jedynej w Polsce gazety piłkarskiej, która nie brnie po mieliźnie, wchodząc w rejony innym nieznane. Właśnie trwa kontynentalny czempionat w Azji. Bijcie się w piersi wszyscy ci, którzy nawet o tym nie wiedzą, a jeśli już, to sprowadzając materiały do poziomu newsów z Pucharu... Cypru. Jeśli już chcecie dobrze powtarzać, zaglądajcie na nasze łamy. Jeśli nie zawsze porywająco, to z pewnością uczciwie, dogłębnie i z sercem piszemy o wszystkich ważnych wydarzeniach futbolowych świata. O wazektomii Ronaldo, transferze Ronaldinho i tajemniczym Adamczyku też. O Pucharze Azji również!
Dariusz Król
d.krol@tylkopilka.pl

niedziela, 9 stycznia 2011

Salonu nie było i nie będzie!

Kilka lat temu, gdy w polskim parlamencie „błyszczała” jeszcze Samoobrona, jej szef ze znanym wszystkim szelmowskim uśmieszkiem zapowiedział z trybuny, że w polskim sejmie od teraz „salonu nie będzie”. I rzeczywiście nie było. W szeregach tego historycznego już ugrupowania był m.in. Janusz Wójcik, były selekcjoner reprezentacji Polski. Decyzja o przywróceniu mu przez Komisję Kształcenia i Licencjonowania Trenerów PZPN licencji dowodzi, że w największym polskim sportowym związku także salonów nie ma. Ale obruszać się możemy tylko troszeczkę, wszak to dla nas żadna, ale to żadna nowina!

Mojego, i jak sądzę kibiców wkurzenia w tym „troszeczkę” jest jednak wystarczająco dużo, aby decyzję komisji nazwać chamstwem i robieniem sobie jaj ze wszystkich uczciwych fanów futbolu. Bo jak można spokojnie przejść obok faktu, że facet, który ma kilkanaście prokuratorskich zarzutów o piłkarskie przekręty, w dodatku do wielu się przyznał, teraz w majestacie prawa(?!) znowu jest pełnoprawnym nauczycielem futbolu w polskiej piłce. Granda, to mało!!!

„Polski Związek Pomocy Nieuczciwym” - taki daliśmy tytuł na naszej okładce i jest to absolutnie najdelikatniejsza forma naszej cenzurki dla poczynań prezesa Laty i jego sfory! „Nieocenieni działacze na swój sposób zinterpretowali fakt cofnięcia Wójcikowi przez prokuraturę zakazu wykonywania zawodu i w ten sposób przywrócili go do trenerskich łask. A przecież prokuratura zrobiła to tylko dlatego, że niedługo zacznie się proces, a Wójcik ma już postawione zarzuty.” Tak w największym skrócie mój redakcyjny kolega pisze o tej sprawie. Ale to nieważne, bowiem jakiekolwiek byłyby możliwości i szanse na przywrócenie Wójcika do pracy, PZPN kategorycznie powinien był się od tego wymigać, pokazać klasę. Tymczasem uczynił dokładnie odwrotnie. Zakpił sobie z wszystkich uczciwych. Dlatego dla mnie od teraz jest to naprawdę Polski Związek Pomocy Nieuczciwym, o czym donoszę Czytelnikom mając świadomość wszelakich ewentualnych konsekwencji. Naszej piłkarskiej centrali brakuje krzty honoru, taktu, że o dobrym smaku nie wspomnę. Mam jednak marzenie (chyba jednak... ściętej głowy!), że kiedyś stanie się cud i w polskiej piłce znajdzie się ktoś na tyle silny i uczciwy zarazem, aby na cztery wiatry rozpędzić całą obecną wierchuszkę Polskiego Związeku Pomocy Nieuczciwym. Ktoś wreszcie musi przywrócić prawdziwą nazwę tej organizacji.

A sam Wójcik? Do niego pretensji mam akurat najmniej, wszak od lat wiadomo, że to człowiek skrajnie... uczciwy, oczywiście na miarę uczciwości organizacji, w której działa. Kiedy więc trzeba było trenować - trenował, kiedy dzwonić po kolegach - dzwonił, kiedy płacić - płacił. Potrafił nawet zakochać się w Lepperze, by zostać posłem. A gdy się okazało, że w PZPN znowu nastały dobre czasy dla jemu podobnych, bezczelnie wrócić. Bo opinia publiczna pokrzyczy, pokrzyczy i przestanie.

Ktoś powie - po co ten zgiełk? I tak jest po Wójciku. W Syrii czy Emiratach, gdzie pracował, o tym nie wiedzą, a przecież z pewnością w podobne rejony wybierze się były selekcjoner. Jasne, wypuśćmy wszystkich podejrzanych typów. Może nie będą chcieli nad Wisłą zostać i wyjadą precz. A wtedy zobaczymy kraj mlekiem i miodem płynący, w którym polską piłką zarządza Polski Związek Piłki Normalnej...
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 2 stycznia 2011

Ronaldo zamknął fabrykę

Najwybitniejszy napastnik ostatnich kilkunastu lat Nowy Rok rozpoczął z nowym postanowieniem: żadnych nowych dzieci. Ronaldo w kwietniu przywitał córkę, a jesienią syna: 5-letniego Alexa – owoc jednego z licznych romansów, o których as już nie pamiętał.

W drugi dzień świąt, kiedy Polacy odwiedzają bliskich, Ronaldo potwierdził, że podda się wazektomii. 34-letni zawodnik uznał, że potomków ma dość. Na jego nieszczęście, media uznały, że sensacji nigdy dość, ogłosiły zatem, że piłkarz z własnej woli postawił na „sterylizację”. „Tylko Piłka” nie ma wprawdzie ambicji zostać „Poradnikiem Medycznym”, lecz liczba głupstw wypisywanych w kontekście sławnego gracza i jego postanowienia jest wprost porażająca. Więc postanowiliśmy conieco wyjaśnić. Zatem opisywana tu i ówdzie sterylizacja ma się tak do wazektomii jak szermierka do MMA! Bo wazektomia to nic innego jak skuteczna forma antykoncepcji dla mężczyzn. Dobrowolna i droga, ale odwracalna (zgoda, że czasem lekarzowi coś się omsknie i skutków zabiegu odwrócić się już nie będzie dało...)! Owe odwrócenie nazywa się rewazektomią i w zależności od techniki wykonania obydwu operacji oraz czasu, który je dzieli, skuteczność może sięgać nawet 95%.

Niedawno 51. urodziny obchodził Bernd Schuster – as Barcelony, Realu Madryt i Atletico Madryt zrezygnował kiedyś z gry w reprezentacji kraju, bo żona miała rodzić syna, a Niemcy mieli grać z Albanią. Selekcjoner się pogniewał, prezes federacji się pogniewał, pogniewały się media. „Biały Anioł” pozostał w świadomości wielu jako awanturnik i pieniacz. A przecież ta sama żona, od 30 lat, od ok. 20 jest jego menadżerką! W podobny deseń mógłbym napisać np. o Niltonie Santosie czy Didim. Facetach, dla których rodzina była równie ważna jak piłkarskie laury.
Wspomniało mi to moje młodzieńcze spotkanie z śp. Markiem Kotańskim. Słynny psycholog mówiąc o niebezpieczeństwach związanych z AIDS mówił: „jest wiele sposobów na zabezpieczenie, ale zawsze warto wrócić do podstaw i zachować wierność, lojalność i wstrzemięźliwość”.

Pisząc ten felieton cały czas zastanawiam się, jak wpleść ten cytat między opowieści o podbojach seksualnych „Magica” Johnsona, Wilta Chamberlaina, Romario czy Ronaldinho?

Świat sportu ma swoje prawa? Jeśli tak, to nie ma co się dziwić, że tak często czytamy o procesach o udowodnienie ojcostwa, romansach z żonami kolegów z drużyn...

Ronaldo powiedział w wywiadzie dla „Folha do Sao Paulo”, że „zamyka fabrykę”. A gdyby tak wszyscy znani piłkarze-babiarze „zamknęli fabryki”? O czym pisałyby portale internetowe i brukowce, gdyby jedynym aspektem działalności piłkarzy, którym trzeba by się zajmować była ocena gry? Koledzy po piórze musieliby analizować mecze, ustawienia, pytać trenerów o jakieś poważne kwestie... A tak seks, nocne wojaże i kasa. O tym ludzie zawsze czytać lubią. A wazektomia, sterylizacja, onanizm, ateizm czy pedofilia... co to za różnica? W końcu wszystko brzmi jednakowo mądrze.
Bartłomiej Rabij