środa, 24 listopada 2010

Brzydkie kaczątko, czy śliczny łabędź?

Słynne już powiedzenie, że „prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy” dzisiaj możemy przyczepić naszemu selekcjonerowi. A powód do tego jest podwójny, bowiem Smuda rok zaczął od zwycięstwa i na zwycięstwie zakończył. Chciałoby się więc rzec, że to facet, co się zowie. Gdyby nie wszystko, co działo się w trakcie i co nasz najważniejszy trener mówi teraz...
Przyczynkiem do poświęcenia tego „wślizgu” selekcjonerowi nie jest bynajmniej wartościowe i radujące nas zwycięstwo z Wybrzeżem Kości Słoniowej, ale idylla, jaka po nim zapanowała. Przez wiele miesięcy selekcjonerowi dostawało się za wszystkie przewiny popełnione i nie popełnione, zatem trochę nie dziwi, że gdy wreszcie jego chłopcy wygrali, z przyjemnością odwinął się dziennikarzom. Problem jednak w tym, że, jak to mamy w polskiej naturze, chyba trochę przesadził. Nie uważam bowiem, że po jednym wygranym meczu z drużyną, która nie wystawiła największych swoich gwiazd (Kolo Toure z Manchesteru City i Drogby z Chelsea) rozsądnym jest radosny krzyk: „Formację ofensywną na Euro już mam”. Nagle się więc okazało, że drużyna, która przez ostatnich kilkanaście miesięcy mozolnie „wspinała” się do... ósmej dziesiątki rankingu FIFA, w kilka chwil rozwiązała niemal wszystkie reprezentacyjne bolączki, i jak tylko poprawi i zgra ze sobą formację defensywną, to zacznie być postrachem najlepszych. Naiwne, przyznajmy!
Jeszcze kilka tygodni temu pan Franciszek niemal płaczącym głosem tłumaczył nasze reprezentacyjne niedołęstwo faktem, że „przecież nie mam kim grać”, „jako trener klubowy nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy”. I jeśli dzisiaj wszystko się cudownie odmieniło, brzydkie kaczątko przemieniło się w ślicznego łabędzia, a do szczęścia brakuje tak niewiele, to ja w takie szczęście nie bardzo wierzę. Za dużo w tym bajki... Miarą naszych ambicji nie powinno być bowiem zadowalanie się pojedynczo wygranymi spotkaniami. Miarą naszych ambicji powinno być nieustanne szukanie „dziury w całym”, bo nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Smuda i jego podopieczni tylko wtedy dadzą sobie i nam okazję do wielkiej radości i dumy, gdy zwycięstwa z drużynami pokroju Wybrzeża Kości Słoniowej (z Toure i Drogbą w składzie) nie będą żadną niespodzianką.
Panie trenerze, ciesząc się więc także z tego... zaskakującego zwycięstwa, proszę o trochę więcej powściągliwości i skromności. W 2011 roku mamy grać m.in. z Niemcami i Anglikami. Jeśli wtedy polskie żądła będą równie skuteczne, jak kilka dni temu w Poznaniu, razem zakrzyczymy: „Formację ofensywną na Euro już mamy”. Do Euro 2012 pozostało jeszcze 500 dni z okładem, a więc z jednej strony jeszcze szmat czasu, z drugiej, wcale nie tak dużo. I niech selekcjoner rzeczywiście pamięta cytowane na wstępie powiedzenie: „Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy”.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz