czwartek, 21 października 2010

Kto tu jest chory?

Nie wiem, jak Wy, drodzy Czytelnicy, ale ja powoli tracę cierpliwość do tego, co wyprawia, a zwłaszcza mówi selekcjoner naszej reprezentacji. Oto Franciszek Smuda oznajmia po meczach z USA i Ekwadorem, że ogólnie to on jest zadowolony z amerykańskiej wyprawy. Fakt, wreszcie nasze Orły nie przegrały dwóch spotkań rozgrywanych w ciągu kilku dni.
Na pewno nie są zadowoleni klubowi trenerzy Kiełba, Bonina, Salamona, Majewskiego, Grosickiego czy Niedzielana, którzy za Ocean polecieli na najprawdziwszą wycieczkę za friko. 8-godzinne loty w obie strony, zmiana czasu i klimatu oraz inny, niż w klubach, cykl treningów - z taką zaprawą „Grosik” czy „Wtorek” wrócili do swoich macierzystych drużyn.
Trzej pierwsi z tej listy nawet nie powąchali chicagowskich i montrealskich muraw. „Maja” dostał na „sztachnięcie się” 8 minut, Grosicki 14 więcej. Dlaczego tak mało? Bo Smuda, mając świadomość coraz większej presji z powodu słabych wyników i przeciętnej gry, stał się asekurantem. W meczu z USA nasi czołowi kadrowicze mieli bronić cennego remisu, dlatego z rezerwowych szansę dostał tylko Niedzielan, odkrycie amerykańskiego tournee w naszej... obronie. Przecież to „Wtorek” uratował Smudzie remis z USA, gdy tuż przed końcem spotkania zablokował strzał na linii bramkowej. Boruca piłka już minęła.
A już posadzeniem na ławie Bartosza Salamona selekcjoner zwyczajnie się ośmieszył. Wyciągając, może i utalentowanego gracza, z włoskiej III ligi, Smuda zadziwił wszystkich. Niektórzy pokpiwali z desperackich poszukiwań, tyle że teraz trener sam sobie zaprzeczył, bo chłopak w Ameryce nie zagrał nawet pięć minut.
Grali za to Dariusz Pietrasiak oraz Łukasz Mierzejewski. Oni już byli, oni się nie sprawdzili, oni muszą odejść - trochę zmienione złota myśl jednego z naszych polityków to najlepszy komentarz dla tego duetu. Zagadką jest nieustanna słabość Smudy do Mierzejewskiego, przeciętnego, ligowego defensora, którego zespół ma jedną z najgorszych obron w ekstraklasie.
Zrozumieć Smudę - bezcenne. Zwłaszcza jego ciągłe zaklinanie rzeczywistości, jeśli chodzi o wyniki reprezentacji, które „na tym etapie są drugorzędnę, bo trwa budowa zespołu” i tak dalej, i tak dalej... Otóż wyniki nie są drugorzędne, bo mają wpływ na naszą pozycję w rankingu FIFA, a co za tym idzie, miejsce w odpowiednim koszyku przy losowaniu eliminacji MŚ 2014. Odbędzie się ono jeszcze przed Euro 2012. – Ja nawet nie wiem, skąd się ten chory ranking bierze - rozbrajająco oznajmił poczciwy Franciszek w jednym z ostatnich wywiadów. Kto tu jest chory, panie Smuda? Pańscy poprzednicy, Janas i Beenhakker, przejmowali kadrę niemal z marszu, i po kilku meczach zaczynali punktować w grach o stawkę. Też mówili o budowie, ale było widać jej efekty. Smuda lubi używać dosadnych słów, zatem na koniec prosta, żołnierska rada. Zacznij pan wygrywać, bo jeszcze przed Euro znajdziemy się w ciemnej dupie!
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 3 października 2010

Takich trzech, jak tych dwóch, to nie ma ani jednego!

Lubię sobie poużywać na polskich trenerach. To fakt. Fakt jednak drugi, to pożywka, jaką dają mi ci panowie niemal co weekend. Skoro więc tak troszczą się, by o nich nie zapomnieć, a niech tam, znowu uczynię z nich (anty)bohaterów „ostrego wślizgu”. „Polska myśl szkoleniowa” - te znakomite hasło wymyślił onegdaj trener nad trenerami, jak zapewne o sobie myśli, a głośno tego nie powie, Jerzy Engel. I oto w minioną sobotę wreszcie potwierdziły się jego słowa w stu, pardon, w... tysiącu procentach! Polska myśl szkoleniowa jest genialna, bo gdy jej zabraknie, na przykład wraz z trenerem odesłana zostanie na trybuny, nie ma już nic. Klapa, katastrofa, żenada.
Gdy przed tygodniem Legia w dziesięciu rozprawiła się przy Łazienkowskiej z Lechem, najpierw zapanowało zdziwienie, a potem z eteru całej piłkarskiej Polski popłynęły mniejsze, lub większe, peany na cześć Skorży i jego chłopców. I żeby było sprawiedliwie, niżej podpisany wpisał się w ten irytujący pozytywny jazgot, obwieszczając wszem i wobec, że oto „Legia wstała z kolan”. Przepraszam więc kibiców za ten głupkowaty tytuł, który tydzień później obśmiali na boisku sami piłkarze Legii. Bardziej jednak powinien kajać się Skorża, bo kolejny raz przekonaliśmy się, że jego warsztat szkoleniowy nadaje się do prowadzenia co najwyżej reprezentacji Polski amatorów (jest taka!). Amatorką pachnie wokół niego na kilometr i doprawdy solidniej przereklamowanego trenera dawno na polskich boiskach nie widziałem! I niech nikogo nie zwiedzie ewentualna myśl, że Legia z Lechią skompromitowała się, bo trener musiał „dyrygować” zespołem z trybun. Gdy siedział na ławce, też zwykle tylko zawadzał. Najlepiej byłoby więc dla działaczy Legii, gdyby mój „ulubieniec” zamiast przepraszać, zwyczajnie „podziękował za rywalizację”. Ta piaskownica jest dla niego za duża.
Personalne wycieczki być może nie są czymś eleganckim, ale taka już rola trenerów i dziennikarzy. Oni chcą być na świeczniku, niech się więc godzą, że my będziemy na nich spoglądać. Błyszczeć lubi kolejny „mag” polskiej myśli szkoleniowej, Paweł Janas. Były selekcjoner poleciał niedawno na dyrektorskie stanowisko z Widzewa do Polonii Warszawa i tam spokojnie wyczekiwał na potknięcie trenera Bakero, by gdy tylko to nastąpi, wejść w jego buty. Długo czekać nie musiał, bo Wojciechowski od dawna nie krył, że zespół woli budować po „janosikowemu”. Jest więc jak chciał szef. Od dwóch kolejek na ławce rządzi Janas i jak przystało na jego ksywkę, punkty miast zdobywać - rozdaje (remisy z Polonią Bytom i Arką), a gra coraz gorsza, i gorsza. Skorża i Janas niedługo mogą stracić lukratywne posady. Co wtedy z polską myślą szkoleniową? Trochę się boję, żeby jej nie stracić z oczu, proponuję więc panu Engelowi, aby obydwu skaperował do PZPN i posadził przy biurku niedaleko Stefana Majewskiego. Bo takich trzech, jak tych dwóch, to nie ma ani jednego.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl