czwartek, 30 września 2010

Piękne stadiony, a wokół szambo

W gazetowym komentarzu dotyczącym polskiej ekstraklasy pozwoliłem sobie na śródtytuł „Pachniało... Premiership!”. O nie, niech nikt nie próbuje nawet myśleć, że próbowałem postawić znak równości pomiędzy poziomem piłkarskiego widowiska na Wyspach i w Polsce. To bowiem absolutne skrajności i obawiam się, że w tej materii na naszą korzyść wiele się nie zmieni. Miałem raczej na myśli śliczny stadion Legii Warszawa i jeszcze kilka innych, powstających nad Wisłą, co niewiarygodne, jak grzyby po deszczu. Miast jednak do końca cieszyć się takimi widokami, znów trzeba nam zderzać się z futbolową rzeczywistością. A ta jest trochę jak tytuł, bo mamy piękne stadiony, a wokół... szambo.
O korupcji toczącej naszą kopaną już nawet nie piszemy, bo chyba przestało to kogokolwiek interesować. Ile bowiem można słuchać, że środowisko jest zepsute do szpiku kości?! Kilka dni temu zatrzymano sędziego z Katowic. Pewnie za niewinność... W ostatnich dniach zdominowała nas jednak dyskusja na temat pijaństwa piłkarzy, a ponieważ dotknęła ona samych szczytów, tym bardziej rozpaliła nasze namiętności. Znamienne jednak, że nikt nie zastanawia się, czy Peszko z Iwańskim na kadrze rzeczywiście pili, tylko kogo jeszcze podczas tych reprezentacyjnych libacji nie złapano. A słyszałem również głosy kibiców potępiające Lechitę nie za kilka głębszych, a zbyt... długi język: „Owszem, piliśmy z Maćkiem, ale nie tylko my - było nas więcej”. - Przecież to zwykły kabel. Dał się złapać, a teraz jeszcze pogrąża innych - słyszałem zdumiony głosu kilku kibiców. Mam więc świadomość, że w naszym społeczeństwie za pijaństwo nikt nikogo do więzienia nie wtrąci, a przy odrobinie szczęścia może nawet ukradkiem poklepie po plecach. „Nie martw się stary, każdemu może się zdarzyć” - nigdy tego nie usłyszeliście w swoim otoczeniu? Nie uwierzę!
Futbolowy dyskurs kieruje się w naszym kraju bliżej rynsztoka, skutecznie omijając rzeczy godne pochwały. A język dyskusji? Z tym jeszcze gorzej, o czym przekonałem się redagując ten właśnie numer „Tylko Piłki”. Franciszek Smuda powołał piłkarzy z lig zagranicznych. Nasz młody dziennikarz chciał się zatem dowiedzieć od kilku ludzi ze środowiska, co myślą o nominacji dla Salamona. Efekt - większość nic nie myślała, bo o piłkarzu nic nie wiedziała. Pan Tomaszewski też wiedzą nie zaimponował, za to słów używał magicznych: „Profanacja koszulki z Orłem w godle” to najłagodniejsze. Resztę muszę wypipkać: „Sk...stwo”, „Smuda ma kadrę w d...”, „Niech ktoś tego chłopa wypier...”. Obiecałem więc sobie, że pana Jana więcej już radzić się nie będziemy. No i drodzy Czytelnicy co mam teraz robić? Jedni nie mają nic do powiedzenia, inni plotą głupoty, następni klną po mistrzowsku. Chyba się napiję!
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

czwartek, 16 września 2010

Zaręczyny, ślub, a kiedy... rozwód?

Legia najlepszym polskim klubem jest! Felietonista „Przeglądu Sportowego” po wyrzuceniu Iwańskiego, Gizy i Wawrzyniaka do drużyny Młodej Ekstraklasy poszedł jeszcze dalej: „Taka sytuacja nie jest normalna. Nie w klubie, który jest na pierwszym miejscu w tabeli wszech czasów ekstraklasy”. To ja koledze po fachu odpowiem na to zdziwienie najprościej jak się da: „Co ma piernik do wiatraka!?” Od kilku dni największą troską otaczany jest klub, który choć pierwszy w tabeli wszech czasów, to ostatni dzisiaj, gdy chodzi o rozumne budowanie drużyny. Zagłaskiwanie Legii czasami zdumiewa...
Działacze z Łazienkowskiej (wespół z trenerem) psucie postanowili czynić wielotorowo. Schrzanili pierwszą drużynę, a teraz zamierzają wysadzić od środka ekipę Młodej Ekstraklasy, która w swoich rozgrywkach jest liderem, a tu nagle takie osłabienie! Już bowiem widzę, jak „gwiazdorski” tercet Iwański-Wawrzyniak-Giza wypruwa sobie żyły w meczu, który mało kogo obchodzi. W niedzielne samopołudnie, w porze obiadu, w... Legionowie. Wykluczone!
Ja jednak zawodników wolałbym już zostawić w spokoju, bo jeśli w piłkę grać potrafią conajwyżej średnio, to przecież nie ich wina i pastwić się nad nimi jest rzeczą nieludzką. Co innego trener. Skorża przed rokiem kompletnie spartaczył przygotowania do sezonu w krakowskiej Wiśle i jak się później okazało, nikogo nic to nie nauczyło. Winowajcy, który nie wyciągnął z tego żadnych sensownych wniosków i warszawskich działaczy, niezmiennie w panu Macieju widzących zbawcę.
Jego romans ze stołeczną drużyną trwał przecież dobrych kilka miesięcy przed oficjalnym angażem, gdy nasz (anty)bohater był jeszcze pracownikiem Wisły. Oczywiście na początku kochankowie spotykali się potajemnie. Zalotnik zapewne przekonywał, że możliwości ma przeogromne, zaś pannica Legia nie chciała dojrzeć na jego licu choćby zmarszczki. I nasz Don Juan wreszcie przekonał dziewkę, iż razem będzie im świetnie. Poinformowali więc opinię publiczną najpierw o zaręczynach, a chwilę później byliśmy świadkami spektakularnego ślubu. I odtąd para miała żyć długo i szczęśliwie. Pan młody z mety zabrał się za urządzanie przytulnego gniazdka, co wydawało się o tyle łatwe, że przecież wżenił się w całkiem bogatą rodzinę, która grosza na żadną zachciankę młodego nie szczędziła.
Wszystko wskazuje jednak na to, że młodzi mogą nie doczekać nawet pierwszej rocznicy ożenku. Bo co się okazało? On, wcale nie taki przystojny, ona ładna tylko na zdjęciu. Rodzina rozbita, skłócona, skora do bitki. Prawdziwy pan domu próbowałby chociaż walnąć pięścią w stół, dać komu trzeba w skórę. Niesnaski załatwić w domu, w rodzinie. Wolał jednak polecieć do tatuśka żoneczki ze skargą. Przekonaliśmy się więc, że mąż z niego ani nadzwyczajny, a co dopiero opatrznościowy. Teraz przychodzi mi tylko czekać rozwodu, a niedługo potem kolejnych „ansów”. Bo nie mam wątpliwości, że szybko znajdzie się inna dziewka, która miast faceta po przejściach, kochanka znów ujrzy. Niechaj jednak tak będzie, wszak „każdemu wolno kochać i być kochanym”. Nie mój cyrk, nie moja małpa...”
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 8 września 2010

Jewhen, dziękujemy!

Moje tytularne „dziękujemy” kieruję wprost na ręce Jewhena Sełezniowa, który kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem meczu Polska – Ukraina pokonał Artura Boruca i nie pozwolił naszym zwyciężyć! Nie, nie, wcale nie pomieszało mi się w głowie, naprawdę jestem Ukraińcowi szczerze wdzięczny. Wyobraźmy sobie bowiem, co by się działo, gdyby podopieczni Smudy w Łodzi zwyciężyli. Zachwytu nie byłoby chyba końca, skoro po remisie „Biało-Czerwonych” niemal tylko chwalą, oni zaś sami też nie szczędzą sobie dobrego słowa. Tymczasem zagraliśmy absolutnie przeciętnie, a forma Ukraińców była wręcz żenująca. Doprawdy nie mam bladego pojęcia, z czego się cieszymy.
- Gdybyśmy wygrali dziś 3-1, albo 4-1, każdy by mówił, że to jest już świetny i gotowy zespół - wyrokował na konfernecji prasowej selekcjoner Smuda. Panie trenerze, jeśli to nie był bełkot, tylko naprawdę tak ocenia pan polskich kibiców, dziennikarzy i wszystkich, którym na sercu leży dobro kadry, to ma pan nas chyba za durni pierwszej kategorii. „Świetny i gotowy zespół” - dobre sobie! Oddajmy sprawiedliwość wydarzeniom na boisku, a te wcale nie były dla nas optymistyczne. Chyba, że zadowolić nas może sam fakt, że po 185 dniach wreszcie strzeliliśmy gola... Piłkarze regularnie marnowali wcale nie tak hurtowo stwarzane sytuacje bramkowe, a determinacja i walka do upadłego o każdą piłkę wciąż nam jest obca. Znamiennym tego obrazkiem była sytuacja, gdy przy linii bocznej z piłką zaplątał się Peszko, a gdy przeciwnicy mu ją odebrali, odwrócił się na pięcie i pomaszerował (chyba obrażony) w przeciwną stronę do akcji. No, z takim podejściem własnych stadionów z pewnością za dwa lata nie zawojujemy. – Dostaliśmy nauczkę, że grać trzeba do końca – to z kolei prawda objawiona Tomasza Bandrowskiego. Wiem, że być może nazbyt regularnie przyczepiam się do słów piłkarzy i trenerów, ale nie jestem w stanie obojętnie, czy niezauważenie, przejść nad głupotą. A jest nią opowiadanie takich właśnie „mądrości”! Bo jakże to może być, że reprezentant Polski dopiero teraz przekonał się, że „grać trzeba do końca”?! Dotychczas myślałem, że o tym dowiadujemy się już na pierwszym trampkarskim treningu.
Zejdźmy więc szybko na ziemię sami, zanim uczynić to może za nas reprezentacja Australii, którą podejmiemy w Krakowie. A pod górkę będzie od samego początku, bowiem stadion nie jest jeszcze gotowy, więc nasi reprezentanci przebierać się będą w... kontenerach. Ale skoro w Łodzi na trybunach panowała piknikowa atmosfera, a przed meczem bilety rozdawał sam prezes Lato, to czy coś jeszcze może nas zdziwić? Do Euro 92 tygodnie. Piłkarsko i organizacyjnie nadal jesteśmy w lesie i nie zmieniłoby tego nawet 10 goli wbitych w minioną sobotę słabiutkiej Ukrainie. A przecież wbiliśmy tylko jednego.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl