poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Beenhakker musi odejść!

Jak mówi stare indiańskie powiedzenie: „Nie daruj głodnemu ryby. Podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. Najwyraźniej nie słyszał o nim Wódz Wydziału Szkolenia w PZPN Jerzy Engel, który na swojej oficjalnej stronie, po zatrważającym występie polskich klubów w europejskich pucharach, postarał się nakarmić głodnych tajemnej wiedzy rybą - wywodem zatytułowanym „Gdzie leży problem”.
Jerzy Engel wypunktował pięć elementów przyczynowo-skutkowych, powodujących słabą postawę polskich klubów na arenie międzynarodowej: 1. Wyprzedaż najlepszych zawodników; 2. Brak koncepcji budowy silnego zespołu, 3. Brak scautingu na rynku polskim i międzynarodowym; 4. Brak szacunku w klubach dla trenerów prowadzących zespoły; 5. Krótki czas pracy szkoleniowców. Niestety, jak na szefa Wydziału Szkolenia, jest to tylko pływanie po temacie życzeniowej złotej rybki. Do takich rewelacji bez problemu dojdzie średnio zorientowany kibic. Wódz podaje jak na tacy rybę ugotowaną i przyprawioną, ale (chociaż wątki próbuje rozwinąć), gdzie ją złowić, jakiej przynęty użyć, dlaczego tak, a nie inaczej, oprawić, przyprawić, ugotować, jak kto woli usmażyć, i podać, już konkretnie nie wyłuszcza. Za to w rozmowie z Bogusławem Kaczmarkiem, asystentem Franciszka Smudy, po fatalnych występach polskich klubów, Jerzy Engel rozłożył ręce, bo Wydział Szkolenia ma je związane, gdyż „ekstraklasa jest jednostką autonomiczną, która sama opracowuje strategię i politykę działania”.
Po porażce „Biało-Czerwonych” z Kamerunem Jerzy Engel ponownie dał znać, tym razem o remedium na reprezentacyjne bolączki. Po prostu trzeba się nauczyć dumnej nazwy, elitarnego zwrotu reprezentanta kraju, nie deptać flagi i nie pluć na godło. A po Kamerunie, patrząc na siebie rano w lustro, spąsowieć i spuścić wzrok, bo „Reprezentacja to jest największa odpowiedzialność i szacunek dla siebie samego dla barw narodowych, hymnu, historii i milionów kibiców w Polsce i za granicą”. Przykład dał sam Franciszek Smuda, który po porażce z Kamerunem nie spuszczał wzroku z Samuela Eto’o, prosząc o autograf na koszulce „Nieposkromionych Lwów”. To dla szwagra.
Jeszcze dalej w swoich klubowo-reprezentacyjnych rewelacjach idzie Antoni Piechniczek w rozmowie z redaktorem Michałem Szadkowskim umywając się od odpowiedzialności, że o braku szacunku dla inteligencji czytelników nie wspomnę - ile razy można jako alibi wysłuchiwać sukcesu z 1974 roku i spektakularnych zagranicznych transferów... Zbigniewa Bońka i Józefa Młynarczyka. Jak można w nieskończoność zaklinać rzeczywistość, że Wielka Smuta w polskim futbolu to wymysł jedynie nas, dziennikarzy, będących według pana Antoniego cały czas na „nie”? Przecież Piechniczka polskie porażki martwią i bolą, myśli o nich, gdy zasypia i się budzi. A tak w ogóle porażki Smudy to (uwaga, uwaga) „pochodna filozofii trenera, który uważał, że z najlepszymi może zagrać otwartą piłkę”. Eureka! Wszystkiemu winny Leo Beenhakker.
Mariusz Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

P.S. W towarzyskim meczu Irlandii z Argentyną po stronie Zielonej Wyspy zabrakło trenera Giovanniego Trapattoniego - zaszkodziły mu skorupiaki, które zjadł w Italii. Mam wrażenie, że polskiej piłce też szkodzą skorupiaki.

1 komentarz:

  1. Ciekawy artykuł. Zapraszam na mój blog:)

    P.S. Naszym szkodzą kiszone ogórki;)

    OdpowiedzUsuń