poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Hamburgery i kawały

Selekcjoner Franciszek Smuda ostatnio żali się dziennikarzom, jak to mu ciężko podczas obserwacji spotkań naszej ekstraklasy. Jedzie biedak na mecz Wisły, a tam raptem dwóch – trzech Polaków do obserwacji pod kątem gry w reprezentacji. To samo trener kadry narodowej przeżywa podczas gier Legii czy Lecha. Zaraz, zaraz... Przecież wcześniej Smuda mówił do nas innym językiem. Gdy jesienią ubiegłego obejmował posadę selekcjonera „Biało-Czerwonych”, jak mantrę powtarzał, że w przeciwieństwie do Beenhakkera, on będzie co weekend zaliczał po kilka meczów naszej ligi, bo na polskich boiskach można znaleźć wielu piłkarzy o potencjale international level, że zacytuję przywołanego Leo.
Smuda jeździł po całym kraju i szukał zawodników mogących potwierdzić drzemiącą potęgę polskiej myśli szkoleniowej. Potem na siłę próbował przekonać nas regularnymi powołaniami dla na przykład Glika, Przyrowskiego, Rybusa czy Sadloka. Na azjatycką wyprawę zabrał nawet Robaka z pierwszoligowego wtedy Widzewa. W międzyczasie zaczęły się pojawiać pytania, dlaczego selekcjoner nie chce sprawdzić Boruca czy Smolarka. Riposty Smudy weszły już do klasyki złotych myśli polskiej piłki. Zatem Boruc miał otrzymać wezwanie na kadrę, jeśli przestanie jeść hamburgery i schudnie. Gdy z kolei Ebi znalazł nowego pracodawcę, którą była grecka Kavala, selekcjoner wypalił, że on to może nam kavala opowiedzieć...
Humorystyczne powiedzonka zniknęły z ust Smudy, gdy zaczął mu się palić grunt pod nogami. Nietrudno zauważyć, że szkoleniowiec „przeprosił się” z kilkoma piłkarzami dopiero po tym, gdy jego dotychczasowi wybrańcy dostali wciry od wyluzowanych Kameruńczyków. 0-6 z Hiszpanią, 0-3 z Kamerunem i nagle selekcjoner przypomniał sobie nie tylko o Borucu i Smolarku, ale nawet o Głowackim, który latem odszedł do tureckiego Trabzonu. Widać jak na dłoni, że w meczach z Ukrainą i Australią Smuda chce zrobić przede wszystkim wynik, żeby choć na kilka miesięcy uciec coraz głośniej ujadającej sforze krytyków jego warsztatu pracy. Nie wszystko jednak przebiega po myśli selekcjonera. Głowacki – pechowiec wszech czasów – znowu doznał kontuzji i na kadrę nie przyjedzie.
Ostatnio Smudę widziano na meczu Korona – Cracovia. Obrońców raczej tam nie szukał, zatem może wkrótce „Franz” odkurzy Niedzielana? Całkiem możliwe.
Bo najlepsze, co nas spotkało w meczu z Kamerunem, to kubeł zimnej wody wylany na głowę Smudy. Nagle przestał wyolbrzymiać potencjał dotychczasowych wybrańców, a końcowy termin selekcji przesunął do połowy przyszłego roku. Grosicki, Kupisz, Makuszewski czy Sobota, dają przykład, że nagle może pojawić się ktoś, kogo warto sprawdzić. Lepiej przestać kokietować dziennikarzy i kibiców humoreskami o hamburgerach, tylko z otwartą głową szczegółowo przejrzeć cały inwentarz naszych czołowych piłkarzy. Nie jest on liczny, więc nie można ot tak, dla kawału, skreślić choćby takiego Smolarka. Więcej takich powołań, panie selekcjonerze!
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Biadolenie o rodzinie

W najnowszym numerze "Tylko Piłki" publikujemy szczero-naiwny wywiad z trenerem Ryszardem Wieczorkiem, onegdaj typowanym na gwiazdę polskiej ławki, a po spuszczeniu w jednym sezonie do I ligi dwóch drużyn (Górnika i Piasta) bezrobotnego frustrata. Żeby było ciekawiej, używając tej, było nie było, inwektywy, od razu śpieszę donieść, że z trenerem całkowicie się zgadzam. No, prawie całkowicie...
Rzeczywiście polska szatnia jest chora. Pytam tylko, kto w niej przebywa, kto powinien w niej rządzić i jeśli nie rządzi, to czy nie powinien walnąć się w swoje piersi? Jak nie umiesz poradzić sobie z klasą, nie udawaj, że jesteś nauczycielem. Jak nie umiesz okiełznać kilkunastu piłkarzy, zmień pracę. Załóż jednoosobową firmę i rozporządzaj li tylko własną osobą! Nie męcz siebie i innych. Szkoda, że trener Wieczorek opowiada o patologii polskiej szatni i rozbrykaniu piłkarzy w momencie, gdy nigdzie go nie chcą. Wiem, wiem, w ramach riposty z pewnością usłyszę, że oferty są, tylko pan Ryszard chce teraz odpocząć od polskiej piłki. Stara śpiewka...
Przypomnijmy sobie razem, co zwykle słyszymy od trenerów, gdy jeszcze pracują. Po wygranych meczach chwalą swoich chłopaków obowiązkowo, zaś po przegranych bardzo często nie mają do nich... pretensji. Tylko po ostatniej kolejce znalazłem kilka takich wypowiedzi (choćby Tarasiewicza po porażce Śląska we Wrocławiu z Legią). Biję się w piersi, że podobnych „toków” przytoczyć mogę „od metra”! Więc skoro nie ma przysłowiowego bata, to po co się starać? I choć, jak napisałem we wstępie, zgadzam się z Wieczorkiem co do meritum, to mierzi mnie takie „medialne narzekanie”. Panie trenerze, mogę zatem rozumieć, że od teraz możliwości są dwie: albo rezygnuje pan z wykonywanego zawodu, albo od teraz będzie ostry jak brzytwa. Diagnozę już pan postawił: „szatnia jest chora, bo piłkarze nie chcą słuchać tego, czego nauczyć ich chcą trenerzy”. Owszem, zgadzam się, że wielu naszych kopaczy to obiboki (przepraszam wszystkich innych), ale też uważam, że Wam (trenerom) brakuje za grosz autorytetu. Lecicie do pierwszego z brzegu pracodawcy, który zapłaci lepiej od poprzednika, wymykacie się z „tonących okrętów” przy najbliższej sposobności, jak Kasperczak potraficie pójść z nimi do sądu, obrzucać się błotem, potem przepraszać, wracać, znowu wylatywać i tak w kółko.
Prawda jest taka, że wespół z piłkarzami i działaczami tworzycie jedną, wielką, rodzinę. Pan wie, jak to jest z familią – najlepiej wychodzi na zdjęciu. Zakończę jednak zgodnie z własnym sumieniem - na tym zdjęciu dostrzegam... patologię!
Dariusz Król
d.krol@tylkopilka.pl

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Beenhakker musi odejść!

Jak mówi stare indiańskie powiedzenie: „Nie daruj głodnemu ryby. Podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. Najwyraźniej nie słyszał o nim Wódz Wydziału Szkolenia w PZPN Jerzy Engel, który na swojej oficjalnej stronie, po zatrważającym występie polskich klubów w europejskich pucharach, postarał się nakarmić głodnych tajemnej wiedzy rybą - wywodem zatytułowanym „Gdzie leży problem”.
Jerzy Engel wypunktował pięć elementów przyczynowo-skutkowych, powodujących słabą postawę polskich klubów na arenie międzynarodowej: 1. Wyprzedaż najlepszych zawodników; 2. Brak koncepcji budowy silnego zespołu, 3. Brak scautingu na rynku polskim i międzynarodowym; 4. Brak szacunku w klubach dla trenerów prowadzących zespoły; 5. Krótki czas pracy szkoleniowców. Niestety, jak na szefa Wydziału Szkolenia, jest to tylko pływanie po temacie życzeniowej złotej rybki. Do takich rewelacji bez problemu dojdzie średnio zorientowany kibic. Wódz podaje jak na tacy rybę ugotowaną i przyprawioną, ale (chociaż wątki próbuje rozwinąć), gdzie ją złowić, jakiej przynęty użyć, dlaczego tak, a nie inaczej, oprawić, przyprawić, ugotować, jak kto woli usmażyć, i podać, już konkretnie nie wyłuszcza. Za to w rozmowie z Bogusławem Kaczmarkiem, asystentem Franciszka Smudy, po fatalnych występach polskich klubów, Jerzy Engel rozłożył ręce, bo Wydział Szkolenia ma je związane, gdyż „ekstraklasa jest jednostką autonomiczną, która sama opracowuje strategię i politykę działania”.
Po porażce „Biało-Czerwonych” z Kamerunem Jerzy Engel ponownie dał znać, tym razem o remedium na reprezentacyjne bolączki. Po prostu trzeba się nauczyć dumnej nazwy, elitarnego zwrotu reprezentanta kraju, nie deptać flagi i nie pluć na godło. A po Kamerunie, patrząc na siebie rano w lustro, spąsowieć i spuścić wzrok, bo „Reprezentacja to jest największa odpowiedzialność i szacunek dla siebie samego dla barw narodowych, hymnu, historii i milionów kibiców w Polsce i za granicą”. Przykład dał sam Franciszek Smuda, który po porażce z Kamerunem nie spuszczał wzroku z Samuela Eto’o, prosząc o autograf na koszulce „Nieposkromionych Lwów”. To dla szwagra.
Jeszcze dalej w swoich klubowo-reprezentacyjnych rewelacjach idzie Antoni Piechniczek w rozmowie z redaktorem Michałem Szadkowskim umywając się od odpowiedzialności, że o braku szacunku dla inteligencji czytelników nie wspomnę - ile razy można jako alibi wysłuchiwać sukcesu z 1974 roku i spektakularnych zagranicznych transferów... Zbigniewa Bońka i Józefa Młynarczyka. Jak można w nieskończoność zaklinać rzeczywistość, że Wielka Smuta w polskim futbolu to wymysł jedynie nas, dziennikarzy, będących według pana Antoniego cały czas na „nie”? Przecież Piechniczka polskie porażki martwią i bolą, myśli o nich, gdy zasypia i się budzi. A tak w ogóle porażki Smudy to (uwaga, uwaga) „pochodna filozofii trenera, który uważał, że z najlepszymi może zagrać otwartą piłkę”. Eureka! Wszystkiemu winny Leo Beenhakker.
Mariusz Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

P.S. W towarzyskim meczu Irlandii z Argentyną po stronie Zielonej Wyspy zabrakło trenera Giovanniego Trapattoniego - zaszkodziły mu skorupiaki, które zjadł w Italii. Mam wrażenie, że polskiej piłce też szkodzą skorupiaki.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Nie obstawisz!

Czas na ekstraklasę pomyślałem, i postanowiłem zagrać u bukmachera kupon na początek nowego sezonu. W końcu człowiek tyle czasu spędza przy tej rodzimej lidze, że wie o niej prawie wszystko (przynajmniej jeśli chodzi o transfery i formę w letnich sparingach), więc ma jakieś rozeznanie. W 1. kolejce postanowiłem postawić na trzech gospodarzy: Koronę, która, wzmocniwszy atak, powinna ograć Zagłębie, oraz Lechię i Śląsk, podejmujące naszych zmęczonych pucharowiczów z Chorzowa i Białegostoku.
Liczyłem na ciekawe kursy (2.00 lub wyżej), co dałoby duży przelicznik, a w efekcie ewentualnie niezłą wygraną, gdybym postawił kilkadziesiąt złoty. Pewny swych prognoz wchodzę do bukmachera, a tam niespodzianka. W ofercie nie ma meczów polskiej ekstraklasy! Dlaczego? Ekstraklasa SA, zarządzająca najwyższą piłkarską klasą rozgrywkową w naszym kraju, znowu poszła na wojnę z legalnymi firmami bukmacherskimi w naszym kraju.
Sprawa wraca jak bumerang, a w roli rzucającego nim Aborygena występują panowie z ligowej spółki. Już w ubiegłym roku było gorąco, gdy Ekstraklasa SA zażądała od każdego punktu bukmacherskiego po 4 tys. zł za posiadanie w ofercie jej spotkań. Skończyło się na 2,5 tys. i kibice mogli znowu obstawiać ekstraklasę. Tyle że w międzyczasie wszedł w życie przepis o 20-procentowym podatku od zakładów bukmacherskich (wcześniej wynosił 10 proc.), będący pokłosiem afery hazardowej w wykonaniu naszych „wspaniałych” polityków. 20-procentowy podatek plus 2,5 tys. od każdego punktu – to warunki nie do przyjęcia dla buków.
Ekstraklasa jednak obstaje przy swoim i jednocześnie nie pozwala negocjować ze sobą legalnemu stowarzyszeniu bukmacherów, powołując się na ustawę o ochronie konkurencji i konsumentów. Chce z każdą firmą rozmawiać osobno.
Ligowa spółka próbuje nam mydlić oczy. Zwyczajnie chodzi jej o jak największą kasę, a jest zdeterminowana, gdyż kluby coraz głośniej wyrażają niezadowolenie z powodu braku tytularnego sponsora dla tak chodliwego produktu, jakim ponoć jest polska ekstraklasa. Aż dziw bierze, że władze tak nieefektywnej spółki jeszcze siedzą na swoich stołkach. Teraz zdesperowane, wbijają kolejny gwóźdź do trumny z napisem „Polska piłka”. Obecność ekstraklasy w bukmacherskiej ofercie zwiększała zainteresowanie ligą, bo kibic, by móc ją obstawiać, musiał śledzić rozgrywki, np. poprzez prasę, internet czy telewizję. Mam nadzieję, że Ekstraklasa SA się opamięta, bo rzuca kolejne betonowe koło ratunkowe w ramach akcji „Promocja polskiego futbolu”. Dotarliśmy do danych jednego z bukmacherów, według których ekstraklasa jest dopiero na 6. miejscu pod względem popularności wśród typujących kibiców. Wyprzedza ją nie tylko Premiership czy Bundesliga, ale również holenderska Eredivisie, a tuż za nią są Belgia i Portugalia.
Panowie z Ekstraklasa SA! Dalej klepcie się po plecach, jak po niedawnym, stojącym na „znakomitym” poziomie, meczu o Superpuchar. To nic, że rodzima ekstraklasa trzeci sezon z rzędu startuje bez tytularnego sponsora, podobnie jak tegoroczny Puchar Polski. Dalej wręczajcie sobie pucharki i medale, najlepiej z jakimś podkładem muzycznym. Proponuję Andrzeja Grabowskiego – „Jest dobrze, jest dobrze, ale nie najgorzej jest!”
Kamil Wójkowski
k.wojkowski@tylkopilka.pl