sobota, 31 lipca 2010

Telewizyjna gangsterka!

Przeszłość: Transmisji z meczów polskich klubów w rundach eliminacyjnych nie będzie. Nawet nikt o nie nie pyta” - to cytat z „Gazety Wyborczej” Andrzeja Placzyńskiego, reprezentującego firmę Sport Five. „Polskie stacje telewizyjne nie garną się do transmisji ze spotkań polskich klubów w kwalifikacjach europejskich pucharów. Kluby robią co mogą, by fani jednak zobaczyli mecze - inwestują w telewizję internetową” - tym razem wyciągnąłem fragment z Przeglądu Sportowego. I jeszcze jedno zdanie: „Wszystko może się rozstrzygnąć w ostatniej chwili. Do sprzedaży praw może dojść nawet w dniu meczu”. Kuriozum polega na tym, że wszystkie cytaty pochodzą z lipca, ale roku ubiegłego! I jak tu nie wierzyć, że czas stanął w miejscu. Minęło dwanaście miesięcy, a telewizje jak miały gdzieś polską piłkę, tak mają ją nadal. Przykład? Proszę bardzo, pierwszy z brzegu.
Teraźniejszość: 27 lipca 2010 roku, tuż przed godz. 20.30. Zabiegany fan w kapciach siada przed telewizorem, uruchamia z pilota kanał Polsatu, strzela kapslem od piwka (na przykład, bo przecież może to był pierwszy łyk kawy, herbaty lub po prostu mineralnej niegazowanej), łapie chipsa (a może orzeszka, słonecznik lub zwyczajnie kanapkę), szykując się w ten sposób do emocji III rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów Sparta Praga - Lech. Kończą się reklamy i miast z boiska przy Letnej słyszeć głos komentatora nad komentatorami, widzi początek... „Depresji gangstera” z Robertem De Niro. Świetny film, po którym rzeczywiście trudno wpaść w depresję. Zwłaszcza tym, którzy szczęśliwym zbiegiem okoliczności dysponowali dodatkowo kanałem Polsat Sport, na który w ostatniej chwili przerzucono mecz z Pragi. Ja takim szczęściarzem nie byłem, więc pozostało mi jedynie „lecieć na dwa fronty”, czyli śmiać się z problemów gangstera i w Internecie podpatrywać wynik z Pragi.
Puenta: Gdyby w naszej gazecie pracował choć jeden człowiek traktujący piłkę nożną jak wielu decydentów w polskich telewizjach, z pewnością wydalibyśmy raptem dwa numery „Tylko Piłki” - pierwszy i... ostatni! Trzeba bowiem bardzo nie lubić futbolu, aby najpierw za ciężkie pieniądze kupować prawa do pokazywania polskich drużyn w europejskich pucharach, a potem upychać je po niszowych kanałach, czyniąc to najczęściej w ostatniej chwili. Tak na alibi. „Żeby nie było, że nie daliśmy...” Jeśli nazwałbym to telewizyjną gangsterą, uraziłbym nielicznych, z pewnością żadnego kibica.
Przyszłość: A potem znowu włączę Was - kochane gadające głowy z Polsatu i posłucham, co myślicie o rodzimej piłce. Nie powiem, mówicie dużo, długo, często ze swadą i mądrze. Tylko proszę, nie tykajcie więcej tematu promocji polskiej piłki. Nie tykajcie, bo musielibyście bić się w piersi waszych szefów. Oni zaś pewnie nie zrozumieliby, skąd tyle pomyj leci w ich kierunku, a to oznaczałoby dla was kłopoty. Przeżyliśmy „Depresję gangstera”, przeżyjemy i to. Tylko potem nie dziwmy się, że źle promowany polski futbol będzie serwował nam równie złe wyniki, a depresja pierwsza dopadnie kibiców. Dysponenci praw do pokazywania w TV polskich drużyn tym akurat przejmować się przecież nie muszą, bo kibiców i tak mają... gdzieś!
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

P.S. Ten komentarz został napisany jeszcze przed żenującymi występami polskich ekip w Lidze Europy. Po tych potyczkach trudno się w sumie dziwić, że nikt nie chce pokazywać naszych drużyn. :(

poniedziałek, 12 lipca 2010

Premiership nie wyszła im na dobre

Rooney, Drogba, Evra, Yakubu, Gallas, Anelka, Lampard, Gerrard, Malouda, Vidić – wymieniane jednym tchem nazwiska należą do gwiazd angielskiej Premiership, ale łączy ich coś jeszcze. Wszyscy wyżej wymienieni z Mistrzostw Świata odpadli w miarę szybko. Gdyby niemiecka Ośmiornica Paul miała wybierać gwiazdy turnieju, z pewnoscią wyżej wymienieni znaleźliby się w czołówce, a jednak wracali ze spuszczonymi głowami. Do tego wszystkiego dochodzą kolejni, jak van Persie i Torres, którzy ze swoimi reprezentacjami dotarli do finału, ale przez cały turniej nie prezentowali nawet średniej formy.
Co legło u podstaw tego, że piłkarze z jednej z najlepszych lig świata nie mogą mundialu zaliczyć do udanych? Szukając odpowiedzi musimy pogrzebać w terminarzu rozgrywek. Premiership była jedyną liczącą się ligą w Europie, w której nie było przerwy zimowej. Kiedy na przełomie 2009/2010 Hiszpania odpoczywała 2 tygodnie, Włochy 3, Francja, Holandia i Niemcy blisko miesiąc, Premiership rozegrała aż pięć kolejek.
Na Wyspach od kilku lat trwa dyskusja na temat wprowadzenia zimowej przerwy. – Z angielskim fubtolem wszystko jest w porządku. Jako selekcjoner Anglii zawsze walczyłem jedynie o przerwę zimową w Premiership. Jednak z uwagi na olbrzymie pieniądze, władze ligi nigdy nie zaakceptowały tej propozycji – żalił się Sven-Göran Eriksson i dodał - Anglia zawsze cierpi z tego powodu na mistrzowskich turniejach. Tak stało się i tym razem, a przy okazji Anglicy pociągnęli za sobą na dno całą rzeszę zawodników, którzy na co dzień okraszają brytyjskie boiska. Eriksson nie był jedynym, którzy optowali za zimową przerwą. Identyczne postulaty forsowali Kevin Keegan, Steve McClaren oraz obecny selekcjoner Fabio Capello. Football Association nikogo nie wysłuchała, a „Synowie Albionu” w każdym turnieju odpadali stosunkowo szybko w porównaniu do potencjału personalnego. Wygląda na to, że dopóki w Premiership pieniądze będą ważniejsze od wyników, Anglicy nie powtórzą wyniku z 1966 roku.
Adam Wysocki - dziennikarz "Tylko Piłki