czwartek, 18 marca 2010

Legia cudzoziemska

Jan Urban, jak przystało na modłę hiszpańską, niczym dogorywający byk podczas corridy ostatkiem sił, chwiejąc się na człapiących glinianych nogach, walczył do upadłego aż spadł z trenerskiego stołka Legii. Śmiercionośnymi torreadorami Polonia Bytom i Odra Wodzisław, którzy mieli być mizernymi figurantami przy masywnie napompowanych „Wojskowych”. Jan Urban dobrowolnie „pociągnął” za sobą asystenta Antonio „Kibu” Vicunę i dyrektora sportowego Mirosława Trzeciaka, którzy sami złożyli rezygnacje.

Co do drugiego - rychło w czas, bo celność decyzji „dyra” nie pokrywała się z jego piłkarską efektywnością. Poszukiwano napastnika - kupowano obrońcę, rozglądano się za lewym pomocnikiem - stanęło na drugiej linii, ale o prawym lub defensywnym usposobieniu. Hiszpańskich wynalazków typu Descarga, Arruabarrena nie ma co wyciągać z szafy. Pod warszawską latarnią było najciemniej. Promienie transferowego oświecenia waliły całą mocą na Półwysep Iberyjski, mimo że na początku Trzeciakowego dyrektorowania zapowiadano budowę drużyny na bazie polskich zawodników. Jak się później okazało, pierwsze skrzypce grali obcokrajowcy, nawet tacy jak Takesure Chinyama - jeździec bez głowy. Stołeczna nagonka niczym pawiany miała łuskać, przeczesywać i wyciągać najlepsze kąski z Warszawy, Mazowsza, Polski, okazała się jednak nagonką dzieci z czworaków, które noszą wąsy od przedwojny i na Hiszpanię rzucają się z wyszczerbionym grzebieniem, że o przepuszczeniu grubego mazowieckiego zwierza (Roberta Lewandowskiego) nie wspomnę. Tak jak o niemożności kupienia dobrego zawodnika za poniżej 500 tysięcy euro.

Tak na marginesie, o jakości hiszpańskich transferów Legii, wiele powiedział autentyczny e-mail przesłany do naszej redakcji znikąd: „Witaj Nazwałem Augustin Kouakou jestem trener piłkarski chciałem wprowadzić mój odtwarzacz, ponieważ mam bardzo dobry gracz ze mną bardzo doświadczonym graczem, który grał w dużych klubach. dziękuję”. Podczas, gdy Europa gra na „odtwarzaczach” Blu-ray, to Legia wyostrzała obraz „odtwarzaczami” video, a w skrajnych przypadkach szpulowymi.

Stefan Białas, nowy-stary trener Legii, jak przystało na modłę francuską, zaraz po objęciu schedy po Urbanie, na oficjalnej konferencji prasowej niezrozumiale pofanzolił „po polskiemu” pod nosem o oczywistych i przewidywalnych dyrdymałach, by na końcu zabić ćwieka o mierzeniu w mistrzostwo Polski i... Puchar Francji. Rozumiem, myślami był jeszcze przy ukochanej Ligue 1, piłkarskim Luwrze i Polach Elizejskich. Czas jednak zejść na ziemię, do Łazienek i Pól Mokotowskich. Marzy się Puchar Francji, a po porażce z Ruchem Chorzów w 1/4 finału oddala się Puchar Polski, bo przy rajdzie przez pół boiska Artur Sobiech tylko oglądał się na stołeczne ślimaki francuskie. Oj, żeby trener Legii nie wpakował się niczym białas do ekstraklasowego Bronksu, bo Jan Urban po 20 latach absencji w rodzimej kopanej chciał w polskie żelbetonowe kloce wtłoczyć hiszpańską grę kombinacyjną z szybką wymianą piłki - i dostał po mordzie na ojczyźnianym podwórku. Nowym dyrektorem sportowym Marek Jóźwiak, czyli mieliśmy model hiszpański, spodziewajmy się francuskiego. Legia cudzoziemska - maszeruj, albo giń! Co ja mówię zasuwaj na wysokości lamperii, bo na razie mamy przemarsz „Wojskowych”, którzy kondycyjnie są przygotowani na 90 minut gry, ale nie w formie Blitzkriegu.
Maciej Skorża odchodzi z Wisły Kraków w poczuciu satysfakcji. - Odniosłem tu sukces - tako rzecze na pożegnalnej konferencji prasowej, a wielce wyczekiwany przez media Winfried Schaefer przeradza się ku zdumieniu zebranych dziennikarzy w Henryka Kasperczaka, który jakby przepraszał po trzykroć za proces z Bogusławem Cupiałem i stokroć dziękował za zaufanie. Wreszcie siwowłosy „Henry” będzie mógł zagrać upragnionym ustawieniem 4-4-2, bo w Górniku Zabrze jakoś nie mógł z braku odpowiednich wykonawców, mimo że to do niego należała transferowa ręka. Maciej Skorża chce wyautować się od futbolu idąc na urlop tacierzyński. Obecnie przysługuje tydzień takiego wypoczynku, a w następnym roku dwa, ale coś czuję, że niedługo potrwa „tatowanie” Macieja Skorży, który nomen omen ostatnio długo był „tatowany” przez Bogusława Cupiała, właściciela Wisły z ojcowską cierpliwością.

Fantastyczny Jerzy Engel ani jednej, ani drugiej propozycji, by nie odrzucił, bo oba kluby są równie fantastyczne co George z meksykańskim wąsem. - Takich propozycji się nie odrzuca. To są dwa nasze najlepsze eksportowe zespoły, dlatego to wielki zaszczyt w tych klubach pracować - szelmowsko zabajerował w radio TOK FM. Prawdę mówił, wódki mu dać. Takich propozycji nie odrzucił, gdyż takowe w ogóle do niego nie dotarły. To ci dopiero napoleońska głowa.
Mariusz Wójkowski

czwartek, 11 marca 2010

Piłka a fryzjer, czyli dlaczego Rooney pobije rekordy Ronaldo!

Pierwszy czterema trafieniami przypieczętował wygraną Manchesteru United w dwumeczu z AC Milan w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Drugi na tym samym etapie trafił zaledwie raz, a jego „Galacticos” szósty raz z rzędu odpadli w tej fazie najważniejszych rozgrywek w Europie.

W poprzednim sezonie Portugalczyk wyśrubował niesamowity wynik bramek w sezonie zdobytych przez... pomocnika. Oczywiście ten boiskowy przydział był nieco sztuczny, a służyć miał właśnie w podkreśleniu niezywkłości wyczynu Ronaldo. Co wtedy robił Rooney. No cóż „Shrek” biegał sobie po skrzydłach, pojawiał się w defensywie. Podawał, odbierał piłki rywalom, walczył jak lew na... bramki Ronaldo.

Latem, gdy Ronaldo za rekordowe 93 miliony euro przechodził do Realu głosy były podzielone. Jedni twierdzili, że "Królewscy" zrobili świetny (choć nieco drogi) interes stulecia, inni, że wcale nie jest wart tych pieniędzy. Najlepsze rozeznanie miał Sir Alex Ferguson. W końcu menedżer „Czerwonych Diabłów” jest Szkotem i dokładnie policzył zarobek. Sprzedał gwiazdora, który był kapryśny, na jego miejsce kupił świetnego skrzydłowego Valencię, a na szpicę wystawił prawdziwego snajpera - Rooney’a. „Shrek” ma na koncie już 30 bramek, a jego ekipa zagra od 11 do 14 (jeżeli dojdzie do finału LM) spotkań, co pozwala mu spokojnie myśleć o poprawieniu wyniku Ronaldo, a może pobiciu rekordu Denisa Lawa, który sezon 1961/62 zakończył z 46 bramkami.

Pytanie, jak to możliwe, że boskiego Ronaldo potrafił zastąpić „wyrobnik” Rooney? W końcu przecież wśrod kibiców krąży opinia, że technicznie Ronaldo jest lepszy od Rooney’a. Jednak kibice znani są z tego, że czasami zbyt pobierznie przyglądają się swoim idolom. W końcu obaj są podobni nie tylko wiekiem. Obaj operują obiema nogami, strzelają świetnie ze stojącej piłki (tyle, że wcześniej „Shrek” nie miał okazji tego zaprezentować). Co zatem decyduje o przewadze Anglika? Jeżeli chodzi o boisko i treningi, to niewiele. Bo nie wątpimy, że Ronaldo długo po treningach ćwiczy wolne i dopracowuje zwody (w końcu to nie piłkarz naszej Ekstraklasy). Ta minimalna boiskowa przewaga Rooney’a wynika z poprzedniego sezonu. Wtedy „Shrek” łatał dziury, harował za trzech i nauczył się paru rzeczy (m.in. perfekcyjnych wślizgów), których brakuje Portugalczykowi. Ważniejsze jest jednak wszystko to, co powoduje, że wielu moich znajomych na gwiazdora Realu mówi „Krystyna”. W końcu, czy ktoś widział „slitaśne” foty Rooney’a? A takich, których bohaterem jest Ronaldo są tysiące. Huczne imprezy, butik odzieżowy, a ostatnio wydana płyta. To wszystko powoduje, że medialnie Ronaldo jest najsłynniejszym futbolistą, ale mam nieodparte wrażenie, że czasem zabiera mu to czas na piłkę. Jeżeli ktoś chce dowodów, już daję. Ostatnia środa dwa mecze Ligi Mistrzów. Na Old Trafford wybiega Wayne Rooney. Krótko ostrzyżony, z kilkudniowym zarostem i... strzela dwie bramki. W tym czasie po murawie Santiago Bernabeu, w fikuśnie ułożonych włoskach, biega Cristiano Ronaldo. Fakt, zdobywa jedną bramkę, ale kilka minut później próbując dogonić piłkę, przewraca się o murawę, by po chwili ze łzami w oczach skarżyć się na źle ułożone... źdźbła! Wniosek - odpadnięcia Realu winny jest Fryzjer, tyle że raczej nie ten z Wronek.
Rafał Kępa

piątek, 5 marca 2010

Żużlowy eksperyment

     Niewiele jest chyba takich osób na świecie, które nie znają Davida Beckhama. Z nazwiskiem Landon Donovan będzie pewnie zdecydowanie gorzej, ale w światku piłkarskich entuzjastów znajdą się znający Amerykanina. Co łączy obu panów? Oczywiście grają w LA Galaxy, ale akurat nie tym się zajmiemy.

     Rzecz w tym, że obaj w czasie przerwy zimowej w Major League Soccer postanowili nie odpoczywać, tylko udać się na wypożyczenie do Europy. Beckham po raz drugi związał się z Milanem, a Donovana przygarnął David Moyes z Evertonu. Obaj już w marcu wrócą do Kalifornii, by poprowadzić Galaxy do mistrzostwa.

     Na „Starym Kontynencie” być może wyświetlą się w przyszłym roku, by znów zasilić tymczasowo europejskie kluby. W ślad za nimi zaczną wędrować kolonie zawodników z różnymi aspiracjami. Jedni będą chcieli zostać, inni stwierdzą, że Europa nie jest dla nich, bo tu wszystko jest za małe...Wreszcie same kluby zaczną proponować krótkotrwałe wypożyczenia za mniejsze pieniądze, by zaoszczędzić na transferach.

     Co się stanie? Piłka nożna pójdzie w ślady Żużla. Donovan jest dziś piłkarzem Galaxy i Evertonu. Gra na chwałę wielu podmiotów, bo może. Podobnie jak żużlowiec Leigh Adams, który obecnie jeździ dla 3 klubów: Unii Leszno, Swindon Robins (liga angielska) oraz Lejonen Gislaved (liga szwedzka). Bo pozwalają mu na to terminarze rozgrywek. Pytanie brzmi: czy Australijczyk jadąc w sobotę w barwach Unii, we wtorek w Swindon, a w czwartek dla Lejonen za każdym razem daje z siebie 100%? A jeśli tak to jak długo tak jeszcze wytrzyma?

     Zastanawiam się jak Donovan i Beckham będą wyglądać podczas Mundialu w RPA. Czy przypadkiem taki system gry im nie zaszkodzi? W końcu w ciągu pół roku zaliczą występy na trzech różnych kontynentach, gdzie klimaty są odmienne. Sam jestem ciekaw, jakie ten „żużlowy eksperyment” będzie miał pokłosie.

     Przypuszczalnie nastąpi rozwój amerykańskiej piłki, a raczej soccera. Po pierwsze z uwagi na nowe doświadczenia piłkarzy. Ci będąc w Europie poznają lepiej styl gry. Po drugie z przyczyn finansowych. Jeśli w MLS i tak jest przerwa to Galaxy nie potrzebują Becksa czy Donovana w tej chwili, to dlaczego na nich nie zarobić? I znów Europa będzie się bić (o piłkarzy), a Stany bogacić. To już chyba kiedyś było...

Adam Wysocki