niedziela, 12 grudnia 2010

Bełkot „Szpaka”

Dzisiaj kilka zdań o największym pieszczochu polskiej telewizyjnej komentatorki, czyli wszystkim znakomicie znanym Dariuszu Szpakowskim. Niestety, o swoim imienniku zdanie mam jak najgorsze, choć uważam, że to wyłącznie wina pana Darka. Poziom jego komentarza z meczu na mecz staje się coraz bardziej żenujący. Szkoda, że pan Darek o piłce pojęcie ma coraz bardziej wyblakłe, a w jego komentarzach wieje nudą i niekompetencją. A to, co wyrabiał przy sitku w trakcie spotkania w Turcji z Bośnią i Hercegowiną, doprawdy ocierało się już o dyscyplinarkę.

Pal licho, że przynajmniej kilkanaście razy zareklamował pewną gazetę, której my reklamować nie będziemy. Pal licho, że podsunięte przez ten tytuł informacje były jednostronne tematycznie niczym lista nazwisk w książce telefonicznej. Wszystko to pal licho, bo ten rodzaj kryptoreklamy obie instytucje - gazeta i Szpakowski - uprawiają od lat, niezmiennie w ten sam sposób, beznadziejnie nachalny i totalnie nudny. Gorsze, że pan Darek w swoim zawodzie stacza się w niebywałym tempie, a jak pupilkiem szefów telewizji był, jest, to i pewnie przynajmniej do Euro 2012 będzie. A to oznacza przynajmniej kilka koszmarnych wieczorów, podczas których przyjdzie nam słuchać bełkotliwych myśli „pierwszego komentatora piłkarskiego” w Polsce. Żeby nie być podejrzanym o niepotrzebne czepialstwo, przytoczę tylko kilka złotych myśli „Szpaka” z meczu w Turcji. I pomyślcie, że to notatki z raptem kilkunastu minut drugiej połowy...

Chronologicznie usłyszeliśmy, więc o „Dobrym wślizgu, ale z faulem”. Za chwilę, któryś z naszych miał „Przechwyt, ale z faulem”. Dopiero po kilkunastu sekundach Szpakowski zorientował się, że z faulem, ale... rywala. Potem mieliśmy powtórkę z pierwszej połowy, gdy mylił nazwisko największej gwiazdy Bośniaków. „Strzelał Misimić”, choć wszyscy wiedzieliśmy, że chodzi o Misimovicia. To śmieszne, bo zaraz dodał, że: „widać klasę i doświadczenie”... Pytamy tylko: Mismicia, czy Misimovicia? Bo na pewno nie... Szpakowskiego. Idźmy dalej. Gol na 2-1 był efektem naprawdę pięknej akcji Polaków, ale pan komentator akurat chyba przysnął, bo dał głos dopiero w momencie, gdy futbolówka była już w siatce. Wszystko co najładniejsze zbył zatem milczeniem. „Brożek, troszkę odskoczyła mu piłka, ale powalczył o jej odzyskanie”. Uściślę, Brożek wcale jej wcześniej nie stracił. I teraz uwaga, uwaga, cytuję dosłownie: „Przydałoby się skończyć zwycięstwem, tym bardziej, że jak by się skończyło remisem byłby to rekord.” I po chwili pauzy: „Oczywiście z rzędu”. Bzdura to, czy bełkot? Jedno i drugie! „Wchodzi Cezary Wilk” - ogłasza Szpakowski. I ma rację, ale za chwilę realizator napisał omyłkowo, że to Jakub, więc komentator zmienia zdanie: „Wchodzi Jakub Wilk, przepraszam”. Ale przecież to Cezary! Najśmieszniejsze, że gdy się już w tym połapał (ktoś mu powiedział?), zaczął mu „Czarkować”. Dziwne to, żeby spoufalać się z kimś, kogo się nie zna... Potem jeszcze Szpakowski oświecił nas na temat debiutu Celebana (guzik prawda, w reprezentacji grał trzeci mecz!), poinformował, że „troszkę siadło tempo” (fajnie, ale moim zdaniem siedziało już wcześniej), wreszcie usłyszeliśmy o dobrym włączeniu się Bośniaka, który... stracił piłkę, „spokojnym wybiciu Jodłowca, ale... niedokładnym”. Wystarczy? No to jeszcze jedna perełka. „10 kibiców z Polski” - jak skrupulatnie wyliczył tygodnik... Nie, nie, to już tylko moja złośliwość.
Dariusz Król

niedziela, 5 grudnia 2010

Polacy tego non capite!

Włosi są mistrzami olimpijskimi (czyli lepiej niż mistrzami świata) w obwinianiu wszystkich za wszystko. Nie potrafią przegrywać i basta! W fazie grupowej mieli dwie szanse na pokonanie Lecha - obie spudłowali i w sumie 5 okazji na wygranie meczu - nie udało się ani razu. A mimo to oni nadal swoje. Byliśmy i jesteśmy lepsi. Capite Polacy? No to wam odpowiadamy szczerze jak na spowiedzi: non capite!
Według Gazzetta dello Sport w normalnych warunkach, a nie na boisku twardym jak marmur, Juve wywiozłoby z Poznania zwycięstwo, a twarde i śliskie boisko faworyzowało Lecha.” No to my znowu non capite, bo przecież w Turynie murawa była „miodzio”, a Lech o jotę nie gorszy, nawet gole strzelał ładniejsze...
Z Kraju Buta przyjechała cała chmara pismaków od siedmiu boleści. Po trosze ignorantów, więcej bufonów (nie mylić ze znakomitym gokiperem tej samej krwi), stuprocentowych egoistów, zapatrzonych li tylko w siebie o głowach... twardych jak marmur! Zdaje się, że tam już nic nie wlezie... Ich gwiazdkom wydawało się już w Turynie, że przeciwnik musi legnąć i oddać panu co pańskie. Nic z tego nie wyszło, więc do Pozania zjeżdżali z hasłem „nic dwa razy się nie zdarza”. Znowu lipa! Miast więc napisać uczciwie, że pogoda była cholernie nie piłkarska, ale śnieg walił równo na obie połówki, upichcili na poczekaniu spisek, ba, kilka spisków. Lechici celowo nie przykryli na noc boiska żeby było niezdatne do gry, śnieżycę i minus kilkanaście stopni zamówili niczym... spagetti w lokalu. Nonsenso, bzdura! Arbiter Hiszpan dogadał się z trenerem Lecha, też Hiszpanem(!), na korzystny wynik dla miejscowych. Znowu nonsenso! Obserwatorowi UEFA Thomasowi Wayhingowi też się dostało. Diabli wiedzą tylko (poza gośćmi z Włoch), czy dlatego, że Niemiec, czy dlatego, że... gruby?! Najpewniej po trosze za jedno i drugie, ale najbardziej, że jaśniepaństwa nie wysłuchał, czyli meczu nie odwołał.
Nonsenso jakie wypisywali było zresztą od metra, że za korespondentem Rzeczpospolitej zacytuję te... najśmieszniejsze. „W takich warunkach na boisko nie powinny wyjść nawet brunatne niedźwiedzie”. Było też coś o „lodowatej śmierci grożącej podskakującym na trybunach kibicom” i „czerwonym namiocie”, który należało rozbić na boisku w oczekiwaniu na odsiecz, przywołując w ten sposób rozbitków wyprawy Umberta Nobilego na biegun północny 82 lata temu.
Zatem Włosi najpierw przyjęli gościnę, a w podzięce obśmiali nas na wszystkie możliwe sposoby. A potem dziwią się, że świat krzyczy na nich: „Makaroniarze”... Na całe szczęście tym razem po końcowym gwizdku było jednak tak, że to my mogliśmy się pośmiać (nie obśmiać) z nich. Że zmarźluchy, że słabsi od nas piłkarsko, że nie znają nazwisk zawodników, którzy wykopali ich wielki Juve z europejskich pucharów. Wiem co by mi odpisali. Jak to co? To proste. Nonsenso!
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 28 listopada 2010

Kara śmieszna czy śmierdząca?

Wydział Dyscypliny PZPN ukarał Jarosława Latę za udział w czynach korupcyjnych w sposób, który budzi powszechny śmiech. Powiedzieć, że kara dla piłkarza Jagiellonii Białystok jest kontrowersyjna, to nic nie powiedzieć. Według jednej z teorii spiskowych miała ona jedynie odwrócić uwagę od znacznie większych „smrodów” z korupcyjnego bagna.
Dwa lata dyskwalifikacji w zawieszeniu na trzy lata i 20 tysięcy złotych kary – taki wyrok wobec Laty wydał WD PZPN. To kara za wydarzenia z 2004 roku, gdy winowajca reprezentował barwy RKS Radomsko. Jako gracz tego klubu wziął udział w ustawionym meczu z Zagłębiem Lubin, które sypiąc kasą na łapówki, torowało sobie drogę po awans do 1 ligi (obecna ekstraklasa).
Lato zawinił, przyznał się do tego, więc samo ukaranie go nie budzi wątpliwości. Co innego wymiar kary. 20 tysięcy złotych dla piłkarza „Jagi”, przy jego obecnych zarobkach, to przysłowiowy „pikuś”. Poza tym dyskwalifikacja w „zawiasach” niczego nie zmienia. To jasny sygnał, że po boiskach ekstraklasy nadal mogą biegać piłkarze umoczeni w haniebnym procederze. Taka kara na pewno też nie odstrasza innych graczy przed odrzucaniem ewentualnych przyszłych pokus o podobnym charakterze.
Z drugiej strony WD PZPN „nie mógł” przecież surowo ukarać byłego piłkarza Radomska. Gdyby to zrobił, wplątałby się w poważne niebezpieczeństwo – społeczny i środowiskowy wymóg konsekwentnego karania innych umoczonych piłkarzy. Czyli kupę „niepotrzebnej” roboty i masowy odpływ zawodników. Z samej tylko Jagiellonii można by „odstrzelić” jeszcze Rafała Grzyba i Hermesa, wobec których prokuratura prowadzi postępowanie. Razem z Latą to trójka czołowych graczy lidera ekstraklasy! Nasze i tak słabe ligi mogłyby nie wytrzymać takich surowych kar i całkowicie pogrążyć się w miernocie. Dlatego można śmiało założyć, że ewentualne kolejne wyroki będą równie śmieszne jak w tym przypadku.
Sprawa Laty nie jest nowa. Dlaczego więc WD PZPN zdecydował się ogłosić karę dla tego piłkarza akurat teraz? Najciekawsza z teorii spiskowych mówi o celowym zamiarze odwrócenia uwagi społeczeństwa od znacznie poważniejszego „przekrętu”. Niemal w tym samym czasie CBA zatrzymało bowiem trzy osoby (grozi im do 8 lat więzienia), którym zarzuca się korupcję w związku z dawną działalnością ŁKS Łódź. Według informacji dziennikarzy „Superwizjera”, sprawa wiąże się z żądaniem 8 milionów złotych od właściciela ŁKS za pomyślne dla klubu rozstrzygnięcie procesu licencyjnego! Niewykluczone, że chodzi o sezon 2009/10. Prokuratura Apelacyjna w Łodzi nie chciała ujawnić żadnych szczegółów. Poza tym, że realne są kolejne zatrzymania...
Czy te dwie sprawy mają ze sobą coś wspólnego? Czy kara dla Laty miała odwrócić uwagę od mega „przekrętu”? To naprawdę mało istotne. Bo najgorsze jest to, że sytuacja w polskiej piłce jest niezmiennie chora. Nawet najgłupsza teoria może być prawdziwa. Nawet największa prawda wydaje się głupia.
Filip Kamiński

środa, 24 listopada 2010

Brzydkie kaczątko, czy śliczny łabędź?

Słynne już powiedzenie, że „prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy” dzisiaj możemy przyczepić naszemu selekcjonerowi. A powód do tego jest podwójny, bowiem Smuda rok zaczął od zwycięstwa i na zwycięstwie zakończył. Chciałoby się więc rzec, że to facet, co się zowie. Gdyby nie wszystko, co działo się w trakcie i co nasz najważniejszy trener mówi teraz...
Przyczynkiem do poświęcenia tego „wślizgu” selekcjonerowi nie jest bynajmniej wartościowe i radujące nas zwycięstwo z Wybrzeżem Kości Słoniowej, ale idylla, jaka po nim zapanowała. Przez wiele miesięcy selekcjonerowi dostawało się za wszystkie przewiny popełnione i nie popełnione, zatem trochę nie dziwi, że gdy wreszcie jego chłopcy wygrali, z przyjemnością odwinął się dziennikarzom. Problem jednak w tym, że, jak to mamy w polskiej naturze, chyba trochę przesadził. Nie uważam bowiem, że po jednym wygranym meczu z drużyną, która nie wystawiła największych swoich gwiazd (Kolo Toure z Manchesteru City i Drogby z Chelsea) rozsądnym jest radosny krzyk: „Formację ofensywną na Euro już mam”. Nagle się więc okazało, że drużyna, która przez ostatnich kilkanaście miesięcy mozolnie „wspinała” się do... ósmej dziesiątki rankingu FIFA, w kilka chwil rozwiązała niemal wszystkie reprezentacyjne bolączki, i jak tylko poprawi i zgra ze sobą formację defensywną, to zacznie być postrachem najlepszych. Naiwne, przyznajmy!
Jeszcze kilka tygodni temu pan Franciszek niemal płaczącym głosem tłumaczył nasze reprezentacyjne niedołęstwo faktem, że „przecież nie mam kim grać”, „jako trener klubowy nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy”. I jeśli dzisiaj wszystko się cudownie odmieniło, brzydkie kaczątko przemieniło się w ślicznego łabędzia, a do szczęścia brakuje tak niewiele, to ja w takie szczęście nie bardzo wierzę. Za dużo w tym bajki... Miarą naszych ambicji nie powinno być bowiem zadowalanie się pojedynczo wygranymi spotkaniami. Miarą naszych ambicji powinno być nieustanne szukanie „dziury w całym”, bo nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Smuda i jego podopieczni tylko wtedy dadzą sobie i nam okazję do wielkiej radości i dumy, gdy zwycięstwa z drużynami pokroju Wybrzeża Kości Słoniowej (z Toure i Drogbą w składzie) nie będą żadną niespodzianką.
Panie trenerze, ciesząc się więc także z tego... zaskakującego zwycięstwa, proszę o trochę więcej powściągliwości i skromności. W 2011 roku mamy grać m.in. z Niemcami i Anglikami. Jeśli wtedy polskie żądła będą równie skuteczne, jak kilka dni temu w Poznaniu, razem zakrzyczymy: „Formację ofensywną na Euro już mamy”. Do Euro 2012 pozostało jeszcze 500 dni z okładem, a więc z jednej strony jeszcze szmat czasu, z drugiej, wcale nie tak dużo. I niech selekcjoner rzeczywiście pamięta cytowane na wstępie powiedzenie: „Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy”.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 14 listopada 2010

Kasa misiu, czyli: ja, ty, on, ona, my! Oni nie!

Wertując projekt przetargu na prawa telewizyjne do pokazywania polskiej ekstraklasy najpierw dostałem mętliku w głowie, potem się za nią złapałem, a na końcu zrezygnowany stwierdziłem, że bez dwóch zdań będzie on (ten projekt) z pewnością skierowany nie do zwykłych, wiernych kibiców, a... kolekcjonerów. Kolekcjonerów czego? Dekoderów oczywiście! Ta diabelska kasa znowu wszystkim odbiera rozum, ale zdaje się, że dopóki pieniądz będzie rządził światem, dopóty będzie też oczywiście rządził piłką. A zatem nie róbmy sobie nadziei. Sytuacja jest beznadziejna...
Nie zamierzam wchodzić w szczegóły projektu (piszemy o nim na stronie obok), ale odnieść się do niego muszę! Paranoja polega bowiem na tym, że podczas gdy świat dziarsko maszeruje w kierunku miniaturyzacji i gromadzenia wszystkiego możliwie w jednym miejscu lub blisko siebie (lepszego przykładu niż Internet przytoczyć nie sposób), my prawdopodobnie zmuszeni będziemy zakupić sporych rozmiarów... regał z dobrego (mocnego) materiału, który utrzyma przynajmniej pięć, a może nawet sześć, dekoderów! To oczywiście informacja dla tych kibiców, którzy bez ekstraklasy żyć nie mogą i czują potrzebę oglądania wszystkiego. Decydenci jednak akurat tę grupę kibiców mają w głębokim poszanowaniu. Najpewniej wyszli bowiem z założenia, że jak komuś bardzo zależy, to kupi tyle dekoderów, ile mu jaśnie państwo każe. A jak komuś nie zależy aż tak bardzo na ekstraklasie? Akurat tą grupą fanów autorzy projektu niespecjalnie się przejmują! Na kim więc im zależy? Dobre pytanie...
Bynajmniej nie namawiam nikogo do kombinowania, bo namawiać chyba nie muszę. Trzeba być sporo naiwnym, aby wierzyć, że kibic z wątłym portfelem, a przecież takich jest znakomita większość, zacznie rozmyślać, jak nie płacić, a oglądać. Idąc tym tropem pomyślałem przez chwilę, że pomysłodawcy projektu z kilkoma dekoderami w tle podpisali pakt z promotorami Internetu w Polsce. Gdzieś bowiem przeczytałem, że w Polsce raptem 50 procent obywateli korzysta z tego, wydawać by się mogło, powszechnego dobrodziejstwa! A skoro tak, ten odsetek (przynajmniej wśród kibiców) znacząco może wzrosnąć. Łatwiej bowiem będzie się „osieciować” za kilkadziesiąt złotych miesięcznie, niż wydawać kilkaset (kosztów nowego mebla na dekodery nie liczę). Nie bądźmy naiwni, potrzeba matką wynalazów.
Pakiet na piątek, pakiet na sobotę, pakiet na niedzielę. Ba, nawet pakiet na poniedziałek... A może inaczej - pakiet na mecze teoretycznie bardzo dobre, potem tylko dobre, następnie słabe i na koniec żadne. Pakiet goni pakiet, dekoder ściga się z dekoderem, a w naszych głowach pomieszanie z poplątaniem. Puenta? Jak mawiał niegdysiejszy trener polskiej reprezentacji: „Kasa, misiu, kasa”. I żeby sprawa była jasna - misiem jest kibic. Ja, ty, on, ona, my! Oni nie!
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

czwartek, 21 października 2010

Kto tu jest chory?

Nie wiem, jak Wy, drodzy Czytelnicy, ale ja powoli tracę cierpliwość do tego, co wyprawia, a zwłaszcza mówi selekcjoner naszej reprezentacji. Oto Franciszek Smuda oznajmia po meczach z USA i Ekwadorem, że ogólnie to on jest zadowolony z amerykańskiej wyprawy. Fakt, wreszcie nasze Orły nie przegrały dwóch spotkań rozgrywanych w ciągu kilku dni.
Na pewno nie są zadowoleni klubowi trenerzy Kiełba, Bonina, Salamona, Majewskiego, Grosickiego czy Niedzielana, którzy za Ocean polecieli na najprawdziwszą wycieczkę za friko. 8-godzinne loty w obie strony, zmiana czasu i klimatu oraz inny, niż w klubach, cykl treningów - z taką zaprawą „Grosik” czy „Wtorek” wrócili do swoich macierzystych drużyn.
Trzej pierwsi z tej listy nawet nie powąchali chicagowskich i montrealskich muraw. „Maja” dostał na „sztachnięcie się” 8 minut, Grosicki 14 więcej. Dlaczego tak mało? Bo Smuda, mając świadomość coraz większej presji z powodu słabych wyników i przeciętnej gry, stał się asekurantem. W meczu z USA nasi czołowi kadrowicze mieli bronić cennego remisu, dlatego z rezerwowych szansę dostał tylko Niedzielan, odkrycie amerykańskiego tournee w naszej... obronie. Przecież to „Wtorek” uratował Smudzie remis z USA, gdy tuż przed końcem spotkania zablokował strzał na linii bramkowej. Boruca piłka już minęła.
A już posadzeniem na ławie Bartosza Salamona selekcjoner zwyczajnie się ośmieszył. Wyciągając, może i utalentowanego gracza, z włoskiej III ligi, Smuda zadziwił wszystkich. Niektórzy pokpiwali z desperackich poszukiwań, tyle że teraz trener sam sobie zaprzeczył, bo chłopak w Ameryce nie zagrał nawet pięć minut.
Grali za to Dariusz Pietrasiak oraz Łukasz Mierzejewski. Oni już byli, oni się nie sprawdzili, oni muszą odejść - trochę zmienione złota myśl jednego z naszych polityków to najlepszy komentarz dla tego duetu. Zagadką jest nieustanna słabość Smudy do Mierzejewskiego, przeciętnego, ligowego defensora, którego zespół ma jedną z najgorszych obron w ekstraklasie.
Zrozumieć Smudę - bezcenne. Zwłaszcza jego ciągłe zaklinanie rzeczywistości, jeśli chodzi o wyniki reprezentacji, które „na tym etapie są drugorzędnę, bo trwa budowa zespołu” i tak dalej, i tak dalej... Otóż wyniki nie są drugorzędne, bo mają wpływ na naszą pozycję w rankingu FIFA, a co za tym idzie, miejsce w odpowiednim koszyku przy losowaniu eliminacji MŚ 2014. Odbędzie się ono jeszcze przed Euro 2012. – Ja nawet nie wiem, skąd się ten chory ranking bierze - rozbrajająco oznajmił poczciwy Franciszek w jednym z ostatnich wywiadów. Kto tu jest chory, panie Smuda? Pańscy poprzednicy, Janas i Beenhakker, przejmowali kadrę niemal z marszu, i po kilku meczach zaczynali punktować w grach o stawkę. Też mówili o budowie, ale było widać jej efekty. Smuda lubi używać dosadnych słów, zatem na koniec prosta, żołnierska rada. Zacznij pan wygrywać, bo jeszcze przed Euro znajdziemy się w ciemnej dupie!
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

niedziela, 3 października 2010

Takich trzech, jak tych dwóch, to nie ma ani jednego!

Lubię sobie poużywać na polskich trenerach. To fakt. Fakt jednak drugi, to pożywka, jaką dają mi ci panowie niemal co weekend. Skoro więc tak troszczą się, by o nich nie zapomnieć, a niech tam, znowu uczynię z nich (anty)bohaterów „ostrego wślizgu”. „Polska myśl szkoleniowa” - te znakomite hasło wymyślił onegdaj trener nad trenerami, jak zapewne o sobie myśli, a głośno tego nie powie, Jerzy Engel. I oto w minioną sobotę wreszcie potwierdziły się jego słowa w stu, pardon, w... tysiącu procentach! Polska myśl szkoleniowa jest genialna, bo gdy jej zabraknie, na przykład wraz z trenerem odesłana zostanie na trybuny, nie ma już nic. Klapa, katastrofa, żenada.
Gdy przed tygodniem Legia w dziesięciu rozprawiła się przy Łazienkowskiej z Lechem, najpierw zapanowało zdziwienie, a potem z eteru całej piłkarskiej Polski popłynęły mniejsze, lub większe, peany na cześć Skorży i jego chłopców. I żeby było sprawiedliwie, niżej podpisany wpisał się w ten irytujący pozytywny jazgot, obwieszczając wszem i wobec, że oto „Legia wstała z kolan”. Przepraszam więc kibiców za ten głupkowaty tytuł, który tydzień później obśmiali na boisku sami piłkarze Legii. Bardziej jednak powinien kajać się Skorża, bo kolejny raz przekonaliśmy się, że jego warsztat szkoleniowy nadaje się do prowadzenia co najwyżej reprezentacji Polski amatorów (jest taka!). Amatorką pachnie wokół niego na kilometr i doprawdy solidniej przereklamowanego trenera dawno na polskich boiskach nie widziałem! I niech nikogo nie zwiedzie ewentualna myśl, że Legia z Lechią skompromitowała się, bo trener musiał „dyrygować” zespołem z trybun. Gdy siedział na ławce, też zwykle tylko zawadzał. Najlepiej byłoby więc dla działaczy Legii, gdyby mój „ulubieniec” zamiast przepraszać, zwyczajnie „podziękował za rywalizację”. Ta piaskownica jest dla niego za duża.
Personalne wycieczki być może nie są czymś eleganckim, ale taka już rola trenerów i dziennikarzy. Oni chcą być na świeczniku, niech się więc godzą, że my będziemy na nich spoglądać. Błyszczeć lubi kolejny „mag” polskiej myśli szkoleniowej, Paweł Janas. Były selekcjoner poleciał niedawno na dyrektorskie stanowisko z Widzewa do Polonii Warszawa i tam spokojnie wyczekiwał na potknięcie trenera Bakero, by gdy tylko to nastąpi, wejść w jego buty. Długo czekać nie musiał, bo Wojciechowski od dawna nie krył, że zespół woli budować po „janosikowemu”. Jest więc jak chciał szef. Od dwóch kolejek na ławce rządzi Janas i jak przystało na jego ksywkę, punkty miast zdobywać - rozdaje (remisy z Polonią Bytom i Arką), a gra coraz gorsza, i gorsza. Skorża i Janas niedługo mogą stracić lukratywne posady. Co wtedy z polską myślą szkoleniową? Trochę się boję, żeby jej nie stracić z oczu, proponuję więc panu Engelowi, aby obydwu skaperował do PZPN i posadził przy biurku niedaleko Stefana Majewskiego. Bo takich trzech, jak tych dwóch, to nie ma ani jednego.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

czwartek, 30 września 2010

Piękne stadiony, a wokół szambo

W gazetowym komentarzu dotyczącym polskiej ekstraklasy pozwoliłem sobie na śródtytuł „Pachniało... Premiership!”. O nie, niech nikt nie próbuje nawet myśleć, że próbowałem postawić znak równości pomiędzy poziomem piłkarskiego widowiska na Wyspach i w Polsce. To bowiem absolutne skrajności i obawiam się, że w tej materii na naszą korzyść wiele się nie zmieni. Miałem raczej na myśli śliczny stadion Legii Warszawa i jeszcze kilka innych, powstających nad Wisłą, co niewiarygodne, jak grzyby po deszczu. Miast jednak do końca cieszyć się takimi widokami, znów trzeba nam zderzać się z futbolową rzeczywistością. A ta jest trochę jak tytuł, bo mamy piękne stadiony, a wokół... szambo.
O korupcji toczącej naszą kopaną już nawet nie piszemy, bo chyba przestało to kogokolwiek interesować. Ile bowiem można słuchać, że środowisko jest zepsute do szpiku kości?! Kilka dni temu zatrzymano sędziego z Katowic. Pewnie za niewinność... W ostatnich dniach zdominowała nas jednak dyskusja na temat pijaństwa piłkarzy, a ponieważ dotknęła ona samych szczytów, tym bardziej rozpaliła nasze namiętności. Znamienne jednak, że nikt nie zastanawia się, czy Peszko z Iwańskim na kadrze rzeczywiście pili, tylko kogo jeszcze podczas tych reprezentacyjnych libacji nie złapano. A słyszałem również głosy kibiców potępiające Lechitę nie za kilka głębszych, a zbyt... długi język: „Owszem, piliśmy z Maćkiem, ale nie tylko my - było nas więcej”. - Przecież to zwykły kabel. Dał się złapać, a teraz jeszcze pogrąża innych - słyszałem zdumiony głosu kilku kibiców. Mam więc świadomość, że w naszym społeczeństwie za pijaństwo nikt nikogo do więzienia nie wtrąci, a przy odrobinie szczęścia może nawet ukradkiem poklepie po plecach. „Nie martw się stary, każdemu może się zdarzyć” - nigdy tego nie usłyszeliście w swoim otoczeniu? Nie uwierzę!
Futbolowy dyskurs kieruje się w naszym kraju bliżej rynsztoka, skutecznie omijając rzeczy godne pochwały. A język dyskusji? Z tym jeszcze gorzej, o czym przekonałem się redagując ten właśnie numer „Tylko Piłki”. Franciszek Smuda powołał piłkarzy z lig zagranicznych. Nasz młody dziennikarz chciał się zatem dowiedzieć od kilku ludzi ze środowiska, co myślą o nominacji dla Salamona. Efekt - większość nic nie myślała, bo o piłkarzu nic nie wiedziała. Pan Tomaszewski też wiedzą nie zaimponował, za to słów używał magicznych: „Profanacja koszulki z Orłem w godle” to najłagodniejsze. Resztę muszę wypipkać: „Sk...stwo”, „Smuda ma kadrę w d...”, „Niech ktoś tego chłopa wypier...”. Obiecałem więc sobie, że pana Jana więcej już radzić się nie będziemy. No i drodzy Czytelnicy co mam teraz robić? Jedni nie mają nic do powiedzenia, inni plotą głupoty, następni klną po mistrzowsku. Chyba się napiję!
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

czwartek, 16 września 2010

Zaręczyny, ślub, a kiedy... rozwód?

Legia najlepszym polskim klubem jest! Felietonista „Przeglądu Sportowego” po wyrzuceniu Iwańskiego, Gizy i Wawrzyniaka do drużyny Młodej Ekstraklasy poszedł jeszcze dalej: „Taka sytuacja nie jest normalna. Nie w klubie, który jest na pierwszym miejscu w tabeli wszech czasów ekstraklasy”. To ja koledze po fachu odpowiem na to zdziwienie najprościej jak się da: „Co ma piernik do wiatraka!?” Od kilku dni największą troską otaczany jest klub, który choć pierwszy w tabeli wszech czasów, to ostatni dzisiaj, gdy chodzi o rozumne budowanie drużyny. Zagłaskiwanie Legii czasami zdumiewa...
Działacze z Łazienkowskiej (wespół z trenerem) psucie postanowili czynić wielotorowo. Schrzanili pierwszą drużynę, a teraz zamierzają wysadzić od środka ekipę Młodej Ekstraklasy, która w swoich rozgrywkach jest liderem, a tu nagle takie osłabienie! Już bowiem widzę, jak „gwiazdorski” tercet Iwański-Wawrzyniak-Giza wypruwa sobie żyły w meczu, który mało kogo obchodzi. W niedzielne samopołudnie, w porze obiadu, w... Legionowie. Wykluczone!
Ja jednak zawodników wolałbym już zostawić w spokoju, bo jeśli w piłkę grać potrafią conajwyżej średnio, to przecież nie ich wina i pastwić się nad nimi jest rzeczą nieludzką. Co innego trener. Skorża przed rokiem kompletnie spartaczył przygotowania do sezonu w krakowskiej Wiśle i jak się później okazało, nikogo nic to nie nauczyło. Winowajcy, który nie wyciągnął z tego żadnych sensownych wniosków i warszawskich działaczy, niezmiennie w panu Macieju widzących zbawcę.
Jego romans ze stołeczną drużyną trwał przecież dobrych kilka miesięcy przed oficjalnym angażem, gdy nasz (anty)bohater był jeszcze pracownikiem Wisły. Oczywiście na początku kochankowie spotykali się potajemnie. Zalotnik zapewne przekonywał, że możliwości ma przeogromne, zaś pannica Legia nie chciała dojrzeć na jego licu choćby zmarszczki. I nasz Don Juan wreszcie przekonał dziewkę, iż razem będzie im świetnie. Poinformowali więc opinię publiczną najpierw o zaręczynach, a chwilę później byliśmy świadkami spektakularnego ślubu. I odtąd para miała żyć długo i szczęśliwie. Pan młody z mety zabrał się za urządzanie przytulnego gniazdka, co wydawało się o tyle łatwe, że przecież wżenił się w całkiem bogatą rodzinę, która grosza na żadną zachciankę młodego nie szczędziła.
Wszystko wskazuje jednak na to, że młodzi mogą nie doczekać nawet pierwszej rocznicy ożenku. Bo co się okazało? On, wcale nie taki przystojny, ona ładna tylko na zdjęciu. Rodzina rozbita, skłócona, skora do bitki. Prawdziwy pan domu próbowałby chociaż walnąć pięścią w stół, dać komu trzeba w skórę. Niesnaski załatwić w domu, w rodzinie. Wolał jednak polecieć do tatuśka żoneczki ze skargą. Przekonaliśmy się więc, że mąż z niego ani nadzwyczajny, a co dopiero opatrznościowy. Teraz przychodzi mi tylko czekać rozwodu, a niedługo potem kolejnych „ansów”. Bo nie mam wątpliwości, że szybko znajdzie się inna dziewka, która miast faceta po przejściach, kochanka znów ujrzy. Niechaj jednak tak będzie, wszak „każdemu wolno kochać i być kochanym”. Nie mój cyrk, nie moja małpa...”
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

środa, 8 września 2010

Jewhen, dziękujemy!

Moje tytularne „dziękujemy” kieruję wprost na ręce Jewhena Sełezniowa, który kilkadziesiąt sekund przed ostatnim gwizdkiem meczu Polska – Ukraina pokonał Artura Boruca i nie pozwolił naszym zwyciężyć! Nie, nie, wcale nie pomieszało mi się w głowie, naprawdę jestem Ukraińcowi szczerze wdzięczny. Wyobraźmy sobie bowiem, co by się działo, gdyby podopieczni Smudy w Łodzi zwyciężyli. Zachwytu nie byłoby chyba końca, skoro po remisie „Biało-Czerwonych” niemal tylko chwalą, oni zaś sami też nie szczędzą sobie dobrego słowa. Tymczasem zagraliśmy absolutnie przeciętnie, a forma Ukraińców była wręcz żenująca. Doprawdy nie mam bladego pojęcia, z czego się cieszymy.
- Gdybyśmy wygrali dziś 3-1, albo 4-1, każdy by mówił, że to jest już świetny i gotowy zespół - wyrokował na konfernecji prasowej selekcjoner Smuda. Panie trenerze, jeśli to nie był bełkot, tylko naprawdę tak ocenia pan polskich kibiców, dziennikarzy i wszystkich, którym na sercu leży dobro kadry, to ma pan nas chyba za durni pierwszej kategorii. „Świetny i gotowy zespół” - dobre sobie! Oddajmy sprawiedliwość wydarzeniom na boisku, a te wcale nie były dla nas optymistyczne. Chyba, że zadowolić nas może sam fakt, że po 185 dniach wreszcie strzeliliśmy gola... Piłkarze regularnie marnowali wcale nie tak hurtowo stwarzane sytuacje bramkowe, a determinacja i walka do upadłego o każdą piłkę wciąż nam jest obca. Znamiennym tego obrazkiem była sytuacja, gdy przy linii bocznej z piłką zaplątał się Peszko, a gdy przeciwnicy mu ją odebrali, odwrócił się na pięcie i pomaszerował (chyba obrażony) w przeciwną stronę do akcji. No, z takim podejściem własnych stadionów z pewnością za dwa lata nie zawojujemy. – Dostaliśmy nauczkę, że grać trzeba do końca – to z kolei prawda objawiona Tomasza Bandrowskiego. Wiem, że być może nazbyt regularnie przyczepiam się do słów piłkarzy i trenerów, ale nie jestem w stanie obojętnie, czy niezauważenie, przejść nad głupotą. A jest nią opowiadanie takich właśnie „mądrości”! Bo jakże to może być, że reprezentant Polski dopiero teraz przekonał się, że „grać trzeba do końca”?! Dotychczas myślałem, że o tym dowiadujemy się już na pierwszym trampkarskim treningu.
Zejdźmy więc szybko na ziemię sami, zanim uczynić to może za nas reprezentacja Australii, którą podejmiemy w Krakowie. A pod górkę będzie od samego początku, bowiem stadion nie jest jeszcze gotowy, więc nasi reprezentanci przebierać się będą w... kontenerach. Ale skoro w Łodzi na trybunach panowała piknikowa atmosfera, a przed meczem bilety rozdawał sam prezes Lato, to czy coś jeszcze może nas zdziwić? Do Euro 92 tygodnie. Piłkarsko i organizacyjnie nadal jesteśmy w lesie i nie zmieniłoby tego nawet 10 goli wbitych w minioną sobotę słabiutkiej Ukrainie. A przecież wbiliśmy tylko jednego.
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Hamburgery i kawały

Selekcjoner Franciszek Smuda ostatnio żali się dziennikarzom, jak to mu ciężko podczas obserwacji spotkań naszej ekstraklasy. Jedzie biedak na mecz Wisły, a tam raptem dwóch – trzech Polaków do obserwacji pod kątem gry w reprezentacji. To samo trener kadry narodowej przeżywa podczas gier Legii czy Lecha. Zaraz, zaraz... Przecież wcześniej Smuda mówił do nas innym językiem. Gdy jesienią ubiegłego obejmował posadę selekcjonera „Biało-Czerwonych”, jak mantrę powtarzał, że w przeciwieństwie do Beenhakkera, on będzie co weekend zaliczał po kilka meczów naszej ligi, bo na polskich boiskach można znaleźć wielu piłkarzy o potencjale international level, że zacytuję przywołanego Leo.
Smuda jeździł po całym kraju i szukał zawodników mogących potwierdzić drzemiącą potęgę polskiej myśli szkoleniowej. Potem na siłę próbował przekonać nas regularnymi powołaniami dla na przykład Glika, Przyrowskiego, Rybusa czy Sadloka. Na azjatycką wyprawę zabrał nawet Robaka z pierwszoligowego wtedy Widzewa. W międzyczasie zaczęły się pojawiać pytania, dlaczego selekcjoner nie chce sprawdzić Boruca czy Smolarka. Riposty Smudy weszły już do klasyki złotych myśli polskiej piłki. Zatem Boruc miał otrzymać wezwanie na kadrę, jeśli przestanie jeść hamburgery i schudnie. Gdy z kolei Ebi znalazł nowego pracodawcę, którą była grecka Kavala, selekcjoner wypalił, że on to może nam kavala opowiedzieć...
Humorystyczne powiedzonka zniknęły z ust Smudy, gdy zaczął mu się palić grunt pod nogami. Nietrudno zauważyć, że szkoleniowiec „przeprosił się” z kilkoma piłkarzami dopiero po tym, gdy jego dotychczasowi wybrańcy dostali wciry od wyluzowanych Kameruńczyków. 0-6 z Hiszpanią, 0-3 z Kamerunem i nagle selekcjoner przypomniał sobie nie tylko o Borucu i Smolarku, ale nawet o Głowackim, który latem odszedł do tureckiego Trabzonu. Widać jak na dłoni, że w meczach z Ukrainą i Australią Smuda chce zrobić przede wszystkim wynik, żeby choć na kilka miesięcy uciec coraz głośniej ujadającej sforze krytyków jego warsztatu pracy. Nie wszystko jednak przebiega po myśli selekcjonera. Głowacki – pechowiec wszech czasów – znowu doznał kontuzji i na kadrę nie przyjedzie.
Ostatnio Smudę widziano na meczu Korona – Cracovia. Obrońców raczej tam nie szukał, zatem może wkrótce „Franz” odkurzy Niedzielana? Całkiem możliwe.
Bo najlepsze, co nas spotkało w meczu z Kamerunem, to kubeł zimnej wody wylany na głowę Smudy. Nagle przestał wyolbrzymiać potencjał dotychczasowych wybrańców, a końcowy termin selekcji przesunął do połowy przyszłego roku. Grosicki, Kupisz, Makuszewski czy Sobota, dają przykład, że nagle może pojawić się ktoś, kogo warto sprawdzić. Lepiej przestać kokietować dziennikarzy i kibiców humoreskami o hamburgerach, tylko z otwartą głową szczegółowo przejrzeć cały inwentarz naszych czołowych piłkarzy. Nie jest on liczny, więc nie można ot tak, dla kawału, skreślić choćby takiego Smolarka. Więcej takich powołań, panie selekcjonerze!
Kamil Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Biadolenie o rodzinie

W najnowszym numerze "Tylko Piłki" publikujemy szczero-naiwny wywiad z trenerem Ryszardem Wieczorkiem, onegdaj typowanym na gwiazdę polskiej ławki, a po spuszczeniu w jednym sezonie do I ligi dwóch drużyn (Górnika i Piasta) bezrobotnego frustrata. Żeby było ciekawiej, używając tej, było nie było, inwektywy, od razu śpieszę donieść, że z trenerem całkowicie się zgadzam. No, prawie całkowicie...
Rzeczywiście polska szatnia jest chora. Pytam tylko, kto w niej przebywa, kto powinien w niej rządzić i jeśli nie rządzi, to czy nie powinien walnąć się w swoje piersi? Jak nie umiesz poradzić sobie z klasą, nie udawaj, że jesteś nauczycielem. Jak nie umiesz okiełznać kilkunastu piłkarzy, zmień pracę. Załóż jednoosobową firmę i rozporządzaj li tylko własną osobą! Nie męcz siebie i innych. Szkoda, że trener Wieczorek opowiada o patologii polskiej szatni i rozbrykaniu piłkarzy w momencie, gdy nigdzie go nie chcą. Wiem, wiem, w ramach riposty z pewnością usłyszę, że oferty są, tylko pan Ryszard chce teraz odpocząć od polskiej piłki. Stara śpiewka...
Przypomnijmy sobie razem, co zwykle słyszymy od trenerów, gdy jeszcze pracują. Po wygranych meczach chwalą swoich chłopaków obowiązkowo, zaś po przegranych bardzo często nie mają do nich... pretensji. Tylko po ostatniej kolejce znalazłem kilka takich wypowiedzi (choćby Tarasiewicza po porażce Śląska we Wrocławiu z Legią). Biję się w piersi, że podobnych „toków” przytoczyć mogę „od metra”! Więc skoro nie ma przysłowiowego bata, to po co się starać? I choć, jak napisałem we wstępie, zgadzam się z Wieczorkiem co do meritum, to mierzi mnie takie „medialne narzekanie”. Panie trenerze, mogę zatem rozumieć, że od teraz możliwości są dwie: albo rezygnuje pan z wykonywanego zawodu, albo od teraz będzie ostry jak brzytwa. Diagnozę już pan postawił: „szatnia jest chora, bo piłkarze nie chcą słuchać tego, czego nauczyć ich chcą trenerzy”. Owszem, zgadzam się, że wielu naszych kopaczy to obiboki (przepraszam wszystkich innych), ale też uważam, że Wam (trenerom) brakuje za grosz autorytetu. Lecicie do pierwszego z brzegu pracodawcy, który zapłaci lepiej od poprzednika, wymykacie się z „tonących okrętów” przy najbliższej sposobności, jak Kasperczak potraficie pójść z nimi do sądu, obrzucać się błotem, potem przepraszać, wracać, znowu wylatywać i tak w kółko.
Prawda jest taka, że wespół z piłkarzami i działaczami tworzycie jedną, wielką, rodzinę. Pan wie, jak to jest z familią – najlepiej wychodzi na zdjęciu. Zakończę jednak zgodnie z własnym sumieniem - na tym zdjęciu dostrzegam... patologię!
Dariusz Król
d.krol@tylkopilka.pl

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Beenhakker musi odejść!

Jak mówi stare indiańskie powiedzenie: „Nie daruj głodnemu ryby. Podaruj mu wędkę i naucz go łowić”. Najwyraźniej nie słyszał o nim Wódz Wydziału Szkolenia w PZPN Jerzy Engel, który na swojej oficjalnej stronie, po zatrważającym występie polskich klubów w europejskich pucharach, postarał się nakarmić głodnych tajemnej wiedzy rybą - wywodem zatytułowanym „Gdzie leży problem”.
Jerzy Engel wypunktował pięć elementów przyczynowo-skutkowych, powodujących słabą postawę polskich klubów na arenie międzynarodowej: 1. Wyprzedaż najlepszych zawodników; 2. Brak koncepcji budowy silnego zespołu, 3. Brak scautingu na rynku polskim i międzynarodowym; 4. Brak szacunku w klubach dla trenerów prowadzących zespoły; 5. Krótki czas pracy szkoleniowców. Niestety, jak na szefa Wydziału Szkolenia, jest to tylko pływanie po temacie życzeniowej złotej rybki. Do takich rewelacji bez problemu dojdzie średnio zorientowany kibic. Wódz podaje jak na tacy rybę ugotowaną i przyprawioną, ale (chociaż wątki próbuje rozwinąć), gdzie ją złowić, jakiej przynęty użyć, dlaczego tak, a nie inaczej, oprawić, przyprawić, ugotować, jak kto woli usmażyć, i podać, już konkretnie nie wyłuszcza. Za to w rozmowie z Bogusławem Kaczmarkiem, asystentem Franciszka Smudy, po fatalnych występach polskich klubów, Jerzy Engel rozłożył ręce, bo Wydział Szkolenia ma je związane, gdyż „ekstraklasa jest jednostką autonomiczną, która sama opracowuje strategię i politykę działania”.
Po porażce „Biało-Czerwonych” z Kamerunem Jerzy Engel ponownie dał znać, tym razem o remedium na reprezentacyjne bolączki. Po prostu trzeba się nauczyć dumnej nazwy, elitarnego zwrotu reprezentanta kraju, nie deptać flagi i nie pluć na godło. A po Kamerunie, patrząc na siebie rano w lustro, spąsowieć i spuścić wzrok, bo „Reprezentacja to jest największa odpowiedzialność i szacunek dla siebie samego dla barw narodowych, hymnu, historii i milionów kibiców w Polsce i za granicą”. Przykład dał sam Franciszek Smuda, który po porażce z Kamerunem nie spuszczał wzroku z Samuela Eto’o, prosząc o autograf na koszulce „Nieposkromionych Lwów”. To dla szwagra.
Jeszcze dalej w swoich klubowo-reprezentacyjnych rewelacjach idzie Antoni Piechniczek w rozmowie z redaktorem Michałem Szadkowskim umywając się od odpowiedzialności, że o braku szacunku dla inteligencji czytelników nie wspomnę - ile razy można jako alibi wysłuchiwać sukcesu z 1974 roku i spektakularnych zagranicznych transferów... Zbigniewa Bońka i Józefa Młynarczyka. Jak można w nieskończoność zaklinać rzeczywistość, że Wielka Smuta w polskim futbolu to wymysł jedynie nas, dziennikarzy, będących według pana Antoniego cały czas na „nie”? Przecież Piechniczka polskie porażki martwią i bolą, myśli o nich, gdy zasypia i się budzi. A tak w ogóle porażki Smudy to (uwaga, uwaga) „pochodna filozofii trenera, który uważał, że z najlepszymi może zagrać otwartą piłkę”. Eureka! Wszystkiemu winny Leo Beenhakker.
Mariusz Wójkowski
redakcja@tylkopilka.pl

P.S. W towarzyskim meczu Irlandii z Argentyną po stronie Zielonej Wyspy zabrakło trenera Giovanniego Trapattoniego - zaszkodziły mu skorupiaki, które zjadł w Italii. Mam wrażenie, że polskiej piłce też szkodzą skorupiaki.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Nie obstawisz!

Czas na ekstraklasę pomyślałem, i postanowiłem zagrać u bukmachera kupon na początek nowego sezonu. W końcu człowiek tyle czasu spędza przy tej rodzimej lidze, że wie o niej prawie wszystko (przynajmniej jeśli chodzi o transfery i formę w letnich sparingach), więc ma jakieś rozeznanie. W 1. kolejce postanowiłem postawić na trzech gospodarzy: Koronę, która, wzmocniwszy atak, powinna ograć Zagłębie, oraz Lechię i Śląsk, podejmujące naszych zmęczonych pucharowiczów z Chorzowa i Białegostoku.
Liczyłem na ciekawe kursy (2.00 lub wyżej), co dałoby duży przelicznik, a w efekcie ewentualnie niezłą wygraną, gdybym postawił kilkadziesiąt złoty. Pewny swych prognoz wchodzę do bukmachera, a tam niespodzianka. W ofercie nie ma meczów polskiej ekstraklasy! Dlaczego? Ekstraklasa SA, zarządzająca najwyższą piłkarską klasą rozgrywkową w naszym kraju, znowu poszła na wojnę z legalnymi firmami bukmacherskimi w naszym kraju.
Sprawa wraca jak bumerang, a w roli rzucającego nim Aborygena występują panowie z ligowej spółki. Już w ubiegłym roku było gorąco, gdy Ekstraklasa SA zażądała od każdego punktu bukmacherskiego po 4 tys. zł za posiadanie w ofercie jej spotkań. Skończyło się na 2,5 tys. i kibice mogli znowu obstawiać ekstraklasę. Tyle że w międzyczasie wszedł w życie przepis o 20-procentowym podatku od zakładów bukmacherskich (wcześniej wynosił 10 proc.), będący pokłosiem afery hazardowej w wykonaniu naszych „wspaniałych” polityków. 20-procentowy podatek plus 2,5 tys. od każdego punktu – to warunki nie do przyjęcia dla buków.
Ekstraklasa jednak obstaje przy swoim i jednocześnie nie pozwala negocjować ze sobą legalnemu stowarzyszeniu bukmacherów, powołując się na ustawę o ochronie konkurencji i konsumentów. Chce z każdą firmą rozmawiać osobno.
Ligowa spółka próbuje nam mydlić oczy. Zwyczajnie chodzi jej o jak największą kasę, a jest zdeterminowana, gdyż kluby coraz głośniej wyrażają niezadowolenie z powodu braku tytularnego sponsora dla tak chodliwego produktu, jakim ponoć jest polska ekstraklasa. Aż dziw bierze, że władze tak nieefektywnej spółki jeszcze siedzą na swoich stołkach. Teraz zdesperowane, wbijają kolejny gwóźdź do trumny z napisem „Polska piłka”. Obecność ekstraklasy w bukmacherskiej ofercie zwiększała zainteresowanie ligą, bo kibic, by móc ją obstawiać, musiał śledzić rozgrywki, np. poprzez prasę, internet czy telewizję. Mam nadzieję, że Ekstraklasa SA się opamięta, bo rzuca kolejne betonowe koło ratunkowe w ramach akcji „Promocja polskiego futbolu”. Dotarliśmy do danych jednego z bukmacherów, według których ekstraklasa jest dopiero na 6. miejscu pod względem popularności wśród typujących kibiców. Wyprzedza ją nie tylko Premiership czy Bundesliga, ale również holenderska Eredivisie, a tuż za nią są Belgia i Portugalia.
Panowie z Ekstraklasa SA! Dalej klepcie się po plecach, jak po niedawnym, stojącym na „znakomitym” poziomie, meczu o Superpuchar. To nic, że rodzima ekstraklasa trzeci sezon z rzędu startuje bez tytularnego sponsora, podobnie jak tegoroczny Puchar Polski. Dalej wręczajcie sobie pucharki i medale, najlepiej z jakimś podkładem muzycznym. Proponuję Andrzeja Grabowskiego – „Jest dobrze, jest dobrze, ale nie najgorzej jest!”
Kamil Wójkowski
k.wojkowski@tylkopilka.pl

sobota, 31 lipca 2010

Telewizyjna gangsterka!

Przeszłość: Transmisji z meczów polskich klubów w rundach eliminacyjnych nie będzie. Nawet nikt o nie nie pyta” - to cytat z „Gazety Wyborczej” Andrzeja Placzyńskiego, reprezentującego firmę Sport Five. „Polskie stacje telewizyjne nie garną się do transmisji ze spotkań polskich klubów w kwalifikacjach europejskich pucharów. Kluby robią co mogą, by fani jednak zobaczyli mecze - inwestują w telewizję internetową” - tym razem wyciągnąłem fragment z Przeglądu Sportowego. I jeszcze jedno zdanie: „Wszystko może się rozstrzygnąć w ostatniej chwili. Do sprzedaży praw może dojść nawet w dniu meczu”. Kuriozum polega na tym, że wszystkie cytaty pochodzą z lipca, ale roku ubiegłego! I jak tu nie wierzyć, że czas stanął w miejscu. Minęło dwanaście miesięcy, a telewizje jak miały gdzieś polską piłkę, tak mają ją nadal. Przykład? Proszę bardzo, pierwszy z brzegu.
Teraźniejszość: 27 lipca 2010 roku, tuż przed godz. 20.30. Zabiegany fan w kapciach siada przed telewizorem, uruchamia z pilota kanał Polsatu, strzela kapslem od piwka (na przykład, bo przecież może to był pierwszy łyk kawy, herbaty lub po prostu mineralnej niegazowanej), łapie chipsa (a może orzeszka, słonecznik lub zwyczajnie kanapkę), szykując się w ten sposób do emocji III rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów Sparta Praga - Lech. Kończą się reklamy i miast z boiska przy Letnej słyszeć głos komentatora nad komentatorami, widzi początek... „Depresji gangstera” z Robertem De Niro. Świetny film, po którym rzeczywiście trudno wpaść w depresję. Zwłaszcza tym, którzy szczęśliwym zbiegiem okoliczności dysponowali dodatkowo kanałem Polsat Sport, na który w ostatniej chwili przerzucono mecz z Pragi. Ja takim szczęściarzem nie byłem, więc pozostało mi jedynie „lecieć na dwa fronty”, czyli śmiać się z problemów gangstera i w Internecie podpatrywać wynik z Pragi.
Puenta: Gdyby w naszej gazecie pracował choć jeden człowiek traktujący piłkę nożną jak wielu decydentów w polskich telewizjach, z pewnością wydalibyśmy raptem dwa numery „Tylko Piłki” - pierwszy i... ostatni! Trzeba bowiem bardzo nie lubić futbolu, aby najpierw za ciężkie pieniądze kupować prawa do pokazywania polskich drużyn w europejskich pucharach, a potem upychać je po niszowych kanałach, czyniąc to najczęściej w ostatniej chwili. Tak na alibi. „Żeby nie było, że nie daliśmy...” Jeśli nazwałbym to telewizyjną gangsterą, uraziłbym nielicznych, z pewnością żadnego kibica.
Przyszłość: A potem znowu włączę Was - kochane gadające głowy z Polsatu i posłucham, co myślicie o rodzimej piłce. Nie powiem, mówicie dużo, długo, często ze swadą i mądrze. Tylko proszę, nie tykajcie więcej tematu promocji polskiej piłki. Nie tykajcie, bo musielibyście bić się w piersi waszych szefów. Oni zaś pewnie nie zrozumieliby, skąd tyle pomyj leci w ich kierunku, a to oznaczałoby dla was kłopoty. Przeżyliśmy „Depresję gangstera”, przeżyjemy i to. Tylko potem nie dziwmy się, że źle promowany polski futbol będzie serwował nam równie złe wyniki, a depresja pierwsza dopadnie kibiców. Dysponenci praw do pokazywania w TV polskich drużyn tym akurat przejmować się przecież nie muszą, bo kibiców i tak mają... gdzieś!
Dariusz Król
redakcja@tylkopilka.pl

P.S. Ten komentarz został napisany jeszcze przed żenującymi występami polskich ekip w Lidze Europy. Po tych potyczkach trudno się w sumie dziwić, że nikt nie chce pokazywać naszych drużyn. :(

poniedziałek, 12 lipca 2010

Premiership nie wyszła im na dobre

Rooney, Drogba, Evra, Yakubu, Gallas, Anelka, Lampard, Gerrard, Malouda, Vidić – wymieniane jednym tchem nazwiska należą do gwiazd angielskiej Premiership, ale łączy ich coś jeszcze. Wszyscy wyżej wymienieni z Mistrzostw Świata odpadli w miarę szybko. Gdyby niemiecka Ośmiornica Paul miała wybierać gwiazdy turnieju, z pewnoscią wyżej wymienieni znaleźliby się w czołówce, a jednak wracali ze spuszczonymi głowami. Do tego wszystkiego dochodzą kolejni, jak van Persie i Torres, którzy ze swoimi reprezentacjami dotarli do finału, ale przez cały turniej nie prezentowali nawet średniej formy.
Co legło u podstaw tego, że piłkarze z jednej z najlepszych lig świata nie mogą mundialu zaliczyć do udanych? Szukając odpowiedzi musimy pogrzebać w terminarzu rozgrywek. Premiership była jedyną liczącą się ligą w Europie, w której nie było przerwy zimowej. Kiedy na przełomie 2009/2010 Hiszpania odpoczywała 2 tygodnie, Włochy 3, Francja, Holandia i Niemcy blisko miesiąc, Premiership rozegrała aż pięć kolejek.
Na Wyspach od kilku lat trwa dyskusja na temat wprowadzenia zimowej przerwy. – Z angielskim fubtolem wszystko jest w porządku. Jako selekcjoner Anglii zawsze walczyłem jedynie o przerwę zimową w Premiership. Jednak z uwagi na olbrzymie pieniądze, władze ligi nigdy nie zaakceptowały tej propozycji – żalił się Sven-Göran Eriksson i dodał - Anglia zawsze cierpi z tego powodu na mistrzowskich turniejach. Tak stało się i tym razem, a przy okazji Anglicy pociągnęli za sobą na dno całą rzeszę zawodników, którzy na co dzień okraszają brytyjskie boiska. Eriksson nie był jedynym, którzy optowali za zimową przerwą. Identyczne postulaty forsowali Kevin Keegan, Steve McClaren oraz obecny selekcjoner Fabio Capello. Football Association nikogo nie wysłuchała, a „Synowie Albionu” w każdym turnieju odpadali stosunkowo szybko w porównaniu do potencjału personalnego. Wygląda na to, że dopóki w Premiership pieniądze będą ważniejsze od wyników, Anglicy nie powtórzą wyniku z 1966 roku.
Adam Wysocki - dziennikarz "Tylko Piłki

piątek, 28 maja 2010

Mission impossible na Legii

Przy Łazienkowskiej w najlepsze trwa konflikt między zarządem, a kibicami. Kości niezgody jest wiele. Ci drudzy chcą rozmawiać, chcą negocjować, ale działaczom stołecznego klubu ani przez myśl to nie przechodzi. Takie postępowanie w wykonaniu ludzi Legii to zupełny brak profesjonalizmu i logicznego myślenia. Bez kibiców nie będzie pieniędzy z biletów, a i sponsorzy powoli zaczną się wycofywać.

To normalne, że kluby piłkarskie i nie tylko – zarówno w Polsce, jak i na całym świecie – nie są w stanie funkcjonować bez swoich kibiców. Oni płacą za wejściówki, kupują pamiątki czy promują swój klub. W Legii chyba nikt jeszcze nie zdaje sobie z tego sprawy. Buduje się nowy, duży stadion, ale chyba nie przemyślano tego, kto będzie na nim oglądał mecze. Może dziennikarze i goście specjalni. A kibice? Otóż, ich firma ITI ma z głębokim poważaniem. Właściciel „Wojskowych” brutalnie zawyża ceny biletów i karnetów na Legię, co prowadzi do zupełnie naturalnego oburzenia wśród fanów. – Chcieliśmy rozmawiać z działaczami, ale oni z nami nie – żalił się rzecznik Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa, Michał Wójcik. Podobno wina leży po obu stronach...

Handlarze?

Zdecydowanie, nie. Nikt nie został przecież złapany na handlu dragami podczas meczu Legii. Informacja, że wśród kibiców kwitnie nielegalny narkotykowy biznes jest więc czymś w rodzaju teorii spiskowej. – Idąc tym tropem możemy snuć podejrzenia na temat Leszka Miklasa. Podobno przyjaźni się z bossem mafii żoliborskiej – opowiadał Wójcik.
- Kiedyś bodaj na Wiśle policja przeszukała wszystkich kibiców. Znaleziono tylko marihuanę u dwóch chłopaków. Podejrzewam, że jakby na jakimś warszawskim osiedlu zrobić taką akcję, to większość miałaby się czego bać – kontynuował.

Szerząca się nienawiść

Fani Legii tak bardzo znienawidzili ITI, że gdy zmarł współwłaściciel owej spółki, wykrzykiwali obraźliwe hasła godzące uczucia jego rodziny i przyjaciół. Zachowanie to było niegodne jakiegokolwiek kibica i powinno być we wszelkie możliwe sposoby potępiane. Teraz rozkleja się naklejki z przekreślonym logiem spółki lub wykrzykuje hasła „ITI, wypierda***!”. To rodzaj protestu i odpowiedzi na brak szacunku dla fanatyków klubu. Niestety, zamiast szukać porozumienia, działacze Legii dolewają oliwy do ognia, nakładając kary za takie zachowania. Jedną z sankcji jest blokada karty kibica.

Żyleta obrażona bo...

...tak naprawdę nikt nie chce jej słuchać. Zdanie SKLW nie ma żadnego znaczenia dla zarządu, który często podejmuje decyzje sprzeczne z interesem kibiców. Drugim i właściwie najważniejszym powodem są ceny biletów. A te zdaniem Michała Wójcika są stanowczo za drogie. Na nowym stadionie ma być jedynie sześć tysięcy tańszych biletów. To niezrozumiałe, bo obiekt będzie mógł pomieścić 31 tysięcy widzów na pewno nie będzie wypełniony po brzegi. Bo niby kogo tam upchną, jak kibice nie chcą przychodzić? Manekiny?! Pomysłowe, ale bezsensowne, a do tego kosztowne.
Do przyjścia na stadion nie zachęcają też piłkarze, którym jakoś odechciało się grać. Wychodzą na boisko, jakby robili to tylko dla pieniędzy. Zero przyjemności z gry! Zero honoru! Ba! Nawet mniej niż zero...
Poza tym, nawet zawodnicy nie mają szacunku do własnych kibiców, którzy poniekąd robią im na portki. Daleko przykładów szukać nie trzeba. Iwański cieszył się z pustymi, betonowymi trybunami w oddali od jakiegokolwiek sympatyka Legii.

Niechciane logo

Aktualny herb klubu, czyli czarna plama z białą literą „L” miał służyć tylko przez okres 90-lecia Legii. Niestety, zarząd zrobił fanom psikusa i niechciane logo zostało. Stary herb klubu wygląda znacznie bardziej okazale. Są nawet obietnice, że ma zostać przywrócony, ale ciężko w to wierzyć. Trzeba je odkupić, a to będzie kosztowało. No i jeszcze jedno pytanie. Czy te obietnice nie są pisane palcem po wodzie?

Idiotyzm, debilizm i coś jeszcze...

Tak właśnie ocenia się postępowanie działaczy warszawskiego klubu. Prowadzenie wojny z własnymi kibicami jest tak niedorzeczne, jak suche majtki na dnie morza. Bez kibiców nie będzie wpływów z wejściówek i karnetów. Tych pieniędzy kiedyś może braknąć. Są jeszcze dochody z pamiątek klubowych. Co prawda znikome, ale zawsze. Kto jednak kupi koszulkę z wielkim logiem telewizji cyfrowej i napisem „Grzelak” albo „Iwański” na plecach? Chyba tylko głupiec, bo paradować z takim T-shirtem to bardziej obciach niż powód do dumy. Ani jeden, ani drugi nie są wielkimi piłkarzami, a jeśli ktoś o nich mówi, to raczej w charakterze żartów. Po Internecie krążą przecież przerobione zdjęcia Macieja Iwańskiego, w których to jest... tłuściutkim pączkiem. Cóż za aluzja, trafiony dowcip!

Tak więc mission impossible na Legii trwa. Jej celem jest osiągnięcie rozejmu między kibicami, a klubem. Na dzień dzisiejszy taki stan rzeczy jest niewyobrażalny. Finiszu sprawy nie widać i nie jest to dobry prognostyk dla klubu z ulicy Łazienkowskiej. Drużyna bez kibiców, jak człowiek bez ręki. To jest przypadek samowolnego ucinania sobie kończyn.
Kiedy to się skończy? Dobre pytanie. Happy endu nikt się nie spodziewa, a prorok Nostradamus w swoich księgach nawet o tym nie wspominał. Wesoło nie jest...

Mateusz Karoń

czwartek, 8 kwietnia 2010

Ani słowa o Messim

Po rewanżowych spotkaniach 1/4 finału Ligi Mistrzów z każdej gazety i strony internetowej będzie wyskakiwał taki jeden z Barcelony. Trudno się dziwić, w końcu cztery bramki to wyczyn nie lada, a jeszcze na tym poziomie... Wydaje mi się jednak, że jego występ przyćmił nieco wydźwięk ciekawych ćwierćfinałów, które doprowadziły do jeszcze ciekawszych półfinałów. W końcu to pierwszy od 2003 roku półfinał bez angielskiej drużyny (w trzech ostatnich sezonach na tym etapie były po trzy jedenastki z Premiership) i pierwszy od 2004 roku z ekipami z czterech różnych lig. Postanowiłem się trochę bliżej przyjrzeć czwórce najlepszych.

Na pierwszy ogień idzie Lyon, który wygrał wewnątrzfrancuską rywalizację. Była ona o tyle ciekawsza, że obie ekipy walczą zaciekle także o tytuł w lidze. Team Claude'a Puela jest chyba największą zagadką, bo jego wyniki nie do końca oddają grę. Popatrzmy chociażby na fazę grupową. Lyon wyszedł z niej z drugiego miejsca, ale wydaje się, że był w niej najsilniejszy, a pierwsze miejsce oddał Fiorentinie z... lenistwa. W 1/8 finału pokonał u siebie Real tylko 1-0, a mógł wyżej. Na wyjeździe był chyba lepszy od "Królewskich", ale zadowolił się remisem. No i dochodzimy do dwumeczu z Bordeaux. Pierwszego etapu, w którym wyniki były lepsze od gry "Olimpijczyków". W końcu każdy kto oglądał dwumecz może potwierdzić, że wygrana 3-1 była zbyt duża, a porażka 0-1 zbyt skromna. Liczy się jednak to, co na tablicy, i to Lyon jest w półfinale. Pierwszym francuskim półfinale od 2003 roku (wtedy Monaco).

Jeszcze dłużej czekali na "przedsionek" finału kibice z Niemiec, bo od 2002 roku, kiedy na tym etapie grał Bayer Leverkusen. Niewiele dłużej na sukcesy czekają kibice z Bawarii, bo w 2001 roku Bayern wygrał Ligę Mistrzów. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że przed kolejnymi radosnymi uniesieniami fanów z Monachium czeka spora dawka stresu. W końcu ich pupile muszą mieć "nóż na gardle" żeby wziąć się do roboty. Tak było w fazie grupowej, kiedy na ostatni mecz Bayern wyjechał do Turynu, by, jak się wydawało, przegrać i odpaść. Skończyło się na 4-1 dla podopiecznych Luisa van Gaala. Tak było w 1/8 finału, kiedy wspaniale grająca Fiorentina przegrała pechowo w Monachium, by będąc pewnym awansu w rewanżu, bezradnie patrzeć, jak przepięknym uderzeniem odbiera go Arjen Robben. Powtórzyło się także i teraz. W końcu oba mecze z Manchesterem United zaczęły się tragicznie. Ciekawe, ile jeszcze razy ważne bramki będzie strzelał Ivica Olić? Ile fenomenalnych trafień zaliczy "kryształowy tulipan" Robben (i czy znów gdzieś nie podłapie kontuzji)? A może w półfinale przeciw rodakom błyśnie Ribery, który w Lidze Mistrzów jeszcze nie wygrywał meczów dla Bayernu?!

O ile para Bayern - Lyon jest wyrównana, o tyle druga ma zdecydowanego faworyta. Zacznę od "kopciuszka", chociaż czy można tak nazwać drużynę, która zdobyła cztery ostatnie mistrzostwa Włoch? Ma ona także atut, który nosi nazwę "The Special One". Przecież to właśnie Mourinho spowodował, że Inter najmniejszym nakładem sił i bez fajerwerków doczłapał już do półfinału. Jednak nie można umniejszać zasług Interu, bo przecież wygrywa to, co powinien. Kiedy trzeba było zwyciężyć w ostatnim meczu fazy grupowej z Rubinem, zwyciężyli. A potem... No cóż, napiszę tylko, że mediolańczycy są jedynymi, którzy wygrali wszystkie mecze fazy pucharowej. Niektórzy mogą narzekać, że CSKA Moskwa w ćwierćfinałowym towarzystwie było najsłabsze, ale wcześniejszy rywal - Chelsea, to przecież najwyższa półka. Dzięki tej konsekwentnej grze Inter jest już w pierwszym półfinale Pucharu/Ligi Mistrzów od 1981 roku. Tam czeka Barcelona, z którą Inter grał już w fazie grupowej i nie wspomina tego najlepiej. No ale jest przecież "zasada drugiego meczu". Reguła bywa banalna: gdy drużyna w fazie grupowej przegrywała, w fazie pucharowej odpowiadała mu pięknym za nadobne!

Jednak nie zapominajmy, że na chłopców Mourinho czeka najlepsza drużyna na świecie. Ten, o którym miałem nie pisać, bije wszelkie rekordy strzeleckie, do spółki z kolegami prezentując futbol nieosiągalny dla innych. Pomimo kontuzji, które ich trapią, grają futbol totalny. Wydaje się, że potrafią strzelać bramki na zawołanie. Wydaje się, że jedynym ratunkiem dla rywala jest... historia. W końcu jeszcze żadna drużyna nie obroniła tytułu w Lidze Mistrzów. Tyle tylko, że każda seria ma swój kres. Oczywiście pozostaje jeszcze Jose Mourinho, trenerski geniusz, który podobno potrafi wymyśleć sposób na każdą drużynę. Tym, którzy będą udowadniać przewagę na ławce trenerskiej przypominam, że Pep Guardiola w debiutanckim sezonie wyhwalczył wszystko co możliwe i stworzył maszynkę do wygrywania, w której wymiana jednego, czy dwóch trybików nic nie zmienia.

Jestem pewien, że przed anmi wyjątkowe półfinały. Finał na stadionie najbardziej utytułowanej drużyny w historii (Realu Madryt) musi mieć dobry skład.

Rafał Kępa

czwartek, 18 marca 2010

Legia cudzoziemska

Jan Urban, jak przystało na modłę hiszpańską, niczym dogorywający byk podczas corridy ostatkiem sił, chwiejąc się na człapiących glinianych nogach, walczył do upadłego aż spadł z trenerskiego stołka Legii. Śmiercionośnymi torreadorami Polonia Bytom i Odra Wodzisław, którzy mieli być mizernymi figurantami przy masywnie napompowanych „Wojskowych”. Jan Urban dobrowolnie „pociągnął” za sobą asystenta Antonio „Kibu” Vicunę i dyrektora sportowego Mirosława Trzeciaka, którzy sami złożyli rezygnacje.

Co do drugiego - rychło w czas, bo celność decyzji „dyra” nie pokrywała się z jego piłkarską efektywnością. Poszukiwano napastnika - kupowano obrońcę, rozglądano się za lewym pomocnikiem - stanęło na drugiej linii, ale o prawym lub defensywnym usposobieniu. Hiszpańskich wynalazków typu Descarga, Arruabarrena nie ma co wyciągać z szafy. Pod warszawską latarnią było najciemniej. Promienie transferowego oświecenia waliły całą mocą na Półwysep Iberyjski, mimo że na początku Trzeciakowego dyrektorowania zapowiadano budowę drużyny na bazie polskich zawodników. Jak się później okazało, pierwsze skrzypce grali obcokrajowcy, nawet tacy jak Takesure Chinyama - jeździec bez głowy. Stołeczna nagonka niczym pawiany miała łuskać, przeczesywać i wyciągać najlepsze kąski z Warszawy, Mazowsza, Polski, okazała się jednak nagonką dzieci z czworaków, które noszą wąsy od przedwojny i na Hiszpanię rzucają się z wyszczerbionym grzebieniem, że o przepuszczeniu grubego mazowieckiego zwierza (Roberta Lewandowskiego) nie wspomnę. Tak jak o niemożności kupienia dobrego zawodnika za poniżej 500 tysięcy euro.

Tak na marginesie, o jakości hiszpańskich transferów Legii, wiele powiedział autentyczny e-mail przesłany do naszej redakcji znikąd: „Witaj Nazwałem Augustin Kouakou jestem trener piłkarski chciałem wprowadzić mój odtwarzacz, ponieważ mam bardzo dobry gracz ze mną bardzo doświadczonym graczem, który grał w dużych klubach. dziękuję”. Podczas, gdy Europa gra na „odtwarzaczach” Blu-ray, to Legia wyostrzała obraz „odtwarzaczami” video, a w skrajnych przypadkach szpulowymi.

Stefan Białas, nowy-stary trener Legii, jak przystało na modłę francuską, zaraz po objęciu schedy po Urbanie, na oficjalnej konferencji prasowej niezrozumiale pofanzolił „po polskiemu” pod nosem o oczywistych i przewidywalnych dyrdymałach, by na końcu zabić ćwieka o mierzeniu w mistrzostwo Polski i... Puchar Francji. Rozumiem, myślami był jeszcze przy ukochanej Ligue 1, piłkarskim Luwrze i Polach Elizejskich. Czas jednak zejść na ziemię, do Łazienek i Pól Mokotowskich. Marzy się Puchar Francji, a po porażce z Ruchem Chorzów w 1/4 finału oddala się Puchar Polski, bo przy rajdzie przez pół boiska Artur Sobiech tylko oglądał się na stołeczne ślimaki francuskie. Oj, żeby trener Legii nie wpakował się niczym białas do ekstraklasowego Bronksu, bo Jan Urban po 20 latach absencji w rodzimej kopanej chciał w polskie żelbetonowe kloce wtłoczyć hiszpańską grę kombinacyjną z szybką wymianą piłki - i dostał po mordzie na ojczyźnianym podwórku. Nowym dyrektorem sportowym Marek Jóźwiak, czyli mieliśmy model hiszpański, spodziewajmy się francuskiego. Legia cudzoziemska - maszeruj, albo giń! Co ja mówię zasuwaj na wysokości lamperii, bo na razie mamy przemarsz „Wojskowych”, którzy kondycyjnie są przygotowani na 90 minut gry, ale nie w formie Blitzkriegu.
Maciej Skorża odchodzi z Wisły Kraków w poczuciu satysfakcji. - Odniosłem tu sukces - tako rzecze na pożegnalnej konferencji prasowej, a wielce wyczekiwany przez media Winfried Schaefer przeradza się ku zdumieniu zebranych dziennikarzy w Henryka Kasperczaka, który jakby przepraszał po trzykroć za proces z Bogusławem Cupiałem i stokroć dziękował za zaufanie. Wreszcie siwowłosy „Henry” będzie mógł zagrać upragnionym ustawieniem 4-4-2, bo w Górniku Zabrze jakoś nie mógł z braku odpowiednich wykonawców, mimo że to do niego należała transferowa ręka. Maciej Skorża chce wyautować się od futbolu idąc na urlop tacierzyński. Obecnie przysługuje tydzień takiego wypoczynku, a w następnym roku dwa, ale coś czuję, że niedługo potrwa „tatowanie” Macieja Skorży, który nomen omen ostatnio długo był „tatowany” przez Bogusława Cupiała, właściciela Wisły z ojcowską cierpliwością.

Fantastyczny Jerzy Engel ani jednej, ani drugiej propozycji, by nie odrzucił, bo oba kluby są równie fantastyczne co George z meksykańskim wąsem. - Takich propozycji się nie odrzuca. To są dwa nasze najlepsze eksportowe zespoły, dlatego to wielki zaszczyt w tych klubach pracować - szelmowsko zabajerował w radio TOK FM. Prawdę mówił, wódki mu dać. Takich propozycji nie odrzucił, gdyż takowe w ogóle do niego nie dotarły. To ci dopiero napoleońska głowa.
Mariusz Wójkowski

czwartek, 11 marca 2010

Piłka a fryzjer, czyli dlaczego Rooney pobije rekordy Ronaldo!

Pierwszy czterema trafieniami przypieczętował wygraną Manchesteru United w dwumeczu z AC Milan w 1/8 finału Ligi Mistrzów. Drugi na tym samym etapie trafił zaledwie raz, a jego „Galacticos” szósty raz z rzędu odpadli w tej fazie najważniejszych rozgrywek w Europie.

W poprzednim sezonie Portugalczyk wyśrubował niesamowity wynik bramek w sezonie zdobytych przez... pomocnika. Oczywiście ten boiskowy przydział był nieco sztuczny, a służyć miał właśnie w podkreśleniu niezywkłości wyczynu Ronaldo. Co wtedy robił Rooney. No cóż „Shrek” biegał sobie po skrzydłach, pojawiał się w defensywie. Podawał, odbierał piłki rywalom, walczył jak lew na... bramki Ronaldo.

Latem, gdy Ronaldo za rekordowe 93 miliony euro przechodził do Realu głosy były podzielone. Jedni twierdzili, że "Królewscy" zrobili świetny (choć nieco drogi) interes stulecia, inni, że wcale nie jest wart tych pieniędzy. Najlepsze rozeznanie miał Sir Alex Ferguson. W końcu menedżer „Czerwonych Diabłów” jest Szkotem i dokładnie policzył zarobek. Sprzedał gwiazdora, który był kapryśny, na jego miejsce kupił świetnego skrzydłowego Valencię, a na szpicę wystawił prawdziwego snajpera - Rooney’a. „Shrek” ma na koncie już 30 bramek, a jego ekipa zagra od 11 do 14 (jeżeli dojdzie do finału LM) spotkań, co pozwala mu spokojnie myśleć o poprawieniu wyniku Ronaldo, a może pobiciu rekordu Denisa Lawa, który sezon 1961/62 zakończył z 46 bramkami.

Pytanie, jak to możliwe, że boskiego Ronaldo potrafił zastąpić „wyrobnik” Rooney? W końcu przecież wśrod kibiców krąży opinia, że technicznie Ronaldo jest lepszy od Rooney’a. Jednak kibice znani są z tego, że czasami zbyt pobierznie przyglądają się swoim idolom. W końcu obaj są podobni nie tylko wiekiem. Obaj operują obiema nogami, strzelają świetnie ze stojącej piłki (tyle, że wcześniej „Shrek” nie miał okazji tego zaprezentować). Co zatem decyduje o przewadze Anglika? Jeżeli chodzi o boisko i treningi, to niewiele. Bo nie wątpimy, że Ronaldo długo po treningach ćwiczy wolne i dopracowuje zwody (w końcu to nie piłkarz naszej Ekstraklasy). Ta minimalna boiskowa przewaga Rooney’a wynika z poprzedniego sezonu. Wtedy „Shrek” łatał dziury, harował za trzech i nauczył się paru rzeczy (m.in. perfekcyjnych wślizgów), których brakuje Portugalczykowi. Ważniejsze jest jednak wszystko to, co powoduje, że wielu moich znajomych na gwiazdora Realu mówi „Krystyna”. W końcu, czy ktoś widział „slitaśne” foty Rooney’a? A takich, których bohaterem jest Ronaldo są tysiące. Huczne imprezy, butik odzieżowy, a ostatnio wydana płyta. To wszystko powoduje, że medialnie Ronaldo jest najsłynniejszym futbolistą, ale mam nieodparte wrażenie, że czasem zabiera mu to czas na piłkę. Jeżeli ktoś chce dowodów, już daję. Ostatnia środa dwa mecze Ligi Mistrzów. Na Old Trafford wybiega Wayne Rooney. Krótko ostrzyżony, z kilkudniowym zarostem i... strzela dwie bramki. W tym czasie po murawie Santiago Bernabeu, w fikuśnie ułożonych włoskach, biega Cristiano Ronaldo. Fakt, zdobywa jedną bramkę, ale kilka minut później próbując dogonić piłkę, przewraca się o murawę, by po chwili ze łzami w oczach skarżyć się na źle ułożone... źdźbła! Wniosek - odpadnięcia Realu winny jest Fryzjer, tyle że raczej nie ten z Wronek.
Rafał Kępa

piątek, 5 marca 2010

Żużlowy eksperyment

     Niewiele jest chyba takich osób na świecie, które nie znają Davida Beckhama. Z nazwiskiem Landon Donovan będzie pewnie zdecydowanie gorzej, ale w światku piłkarskich entuzjastów znajdą się znający Amerykanina. Co łączy obu panów? Oczywiście grają w LA Galaxy, ale akurat nie tym się zajmiemy.

     Rzecz w tym, że obaj w czasie przerwy zimowej w Major League Soccer postanowili nie odpoczywać, tylko udać się na wypożyczenie do Europy. Beckham po raz drugi związał się z Milanem, a Donovana przygarnął David Moyes z Evertonu. Obaj już w marcu wrócą do Kalifornii, by poprowadzić Galaxy do mistrzostwa.

     Na „Starym Kontynencie” być może wyświetlą się w przyszłym roku, by znów zasilić tymczasowo europejskie kluby. W ślad za nimi zaczną wędrować kolonie zawodników z różnymi aspiracjami. Jedni będą chcieli zostać, inni stwierdzą, że Europa nie jest dla nich, bo tu wszystko jest za małe...Wreszcie same kluby zaczną proponować krótkotrwałe wypożyczenia za mniejsze pieniądze, by zaoszczędzić na transferach.

     Co się stanie? Piłka nożna pójdzie w ślady Żużla. Donovan jest dziś piłkarzem Galaxy i Evertonu. Gra na chwałę wielu podmiotów, bo może. Podobnie jak żużlowiec Leigh Adams, który obecnie jeździ dla 3 klubów: Unii Leszno, Swindon Robins (liga angielska) oraz Lejonen Gislaved (liga szwedzka). Bo pozwalają mu na to terminarze rozgrywek. Pytanie brzmi: czy Australijczyk jadąc w sobotę w barwach Unii, we wtorek w Swindon, a w czwartek dla Lejonen za każdym razem daje z siebie 100%? A jeśli tak to jak długo tak jeszcze wytrzyma?

     Zastanawiam się jak Donovan i Beckham będą wyglądać podczas Mundialu w RPA. Czy przypadkiem taki system gry im nie zaszkodzi? W końcu w ciągu pół roku zaliczą występy na trzech różnych kontynentach, gdzie klimaty są odmienne. Sam jestem ciekaw, jakie ten „żużlowy eksperyment” będzie miał pokłosie.

     Przypuszczalnie nastąpi rozwój amerykańskiej piłki, a raczej soccera. Po pierwsze z uwagi na nowe doświadczenia piłkarzy. Ci będąc w Europie poznają lepiej styl gry. Po drugie z przyczyn finansowych. Jeśli w MLS i tak jest przerwa to Galaxy nie potrzebują Becksa czy Donovana w tej chwili, to dlaczego na nich nie zarobić? I znów Europa będzie się bić (o piłkarzy), a Stany bogacić. To już chyba kiedyś było...

Adam Wysocki

czwartek, 11 lutego 2010

Grać czy nie grać?

Do startu Ekstraklasy pozostały dwa tygodnie, a za oknem dla odmiany śnieg. Piłkarzom nie szkodzi, bo praktycznie nie ma ich w kraju. Większość do rundy wiosennej przygotowuje się w Turcji. My, kibice zostaliśmy i coraz częściej dopadają nas wątpliwości czy na pewno w ostatni weekend lutego udamy się na stadiony?

       Czy ktoś pamięta, kiedy ostatnio była dodatnia temperatura? Trudno sobie przypomnieć. Podobnie jak zimę, która byłaby tak intensywna i utrzymała się tak długo. Aura nam wybitnie nie sprzyja.
       Niedawno obchodziliśmy dzień świstaka. W amerykańskim miasteczku Punxsutawney „Phil” wyszedł i powiedział, że zima potrwa jeszcze 6 tygodni. Naukowcy nie stwierdzili, jakie przełożenie na polskie warunki mają amerykańskie świstaki, ale jak na szybko przeliczymy, to wyjdzie nam połowa marca. To zahacza nawet trzecią kolejkę piłkarskiej wiosny. W takim wypadku szlagier Bełchatów – Wisła obejrzymy w towarzystwie śnieżycy, na białym placu gry, gdzie toczyć się będzie pomarańczowa piłka, a przy odrobinie szczęścia będzie widać linie na boisku.

       Nie potrzeba świstaka, żeby przewidzieć jak będą wyglądać pierwsze spotkania „wiosny”. Zamiast dobrego widowiska prawdopodobnie zobaczymy balet na lodzie. Poza tym kilka meczów zostanie odwołanych.

       Dla przykładu w Wielkopolsce obecnie tylko jedno boisko nadaje się do rozgrywania meczów. To obiekt w Grodzisku Wielkopolskim, który o ironio przez ligowców wykorzystywany tylko w trakcie okresu przygotowawczego.
       Te wszystkie okoliczności nastręczają wątpliwości. Miło czytać newsy, że Arka rozpoczęła podgrzewanie murawy już na początku stycznia, Lechia w połowie grudnia, a w Bełchatowie i Białymstoku już dawno wzięli się za odśnieżanie.

       Fajnie, ale co z nami kibicami? Niestety nikt nie jest w stanie zagwarantować nam dobrych warunków oglądania meczów, nawet gdyby kluby wzięły się za to już dzisiaj. Przypuszczalnie oglądając 18, 19 czy 20 kolejkę na stadionach będziemy musieli mrużyć oczy, żeby nie wpadał do nich śnieg. A to i tak przy optymistycznym scenariuszu. Przy siarczystych mrozach niewielu pofatyguje się na stadion.

       Wiadomo, że po długiej i srogiej zimie wszyscy jesteśmy wyposzczeni. Lecz może warto pomyśleć o przełożeniu jednej lub dwóch pierwszych kolejek. Oczywiście z korzyścią dla wszystkich. Dla piłkarzy – mniejsze ryzyko kontuzji, większa przyjemność z gry i obniżenie ryzyka przypadkowego rozstrzygnięcia. Dla kibiców – chętniej ogląda się mecze w normalnych temperaturach. Dla klubów – będą większe wpływy z biletów.

       Szkoda tylko, że polską piłką bardzo często zarządzają bałwany, do których nie dotrze taka argumentacja. Możemy się spodziewać, że władze pójdą w zaparte i nakażą rozegranie wszystkich meczów. Na kilka godzin przed spotkaniem okaże się, że aura była zbyt okrutna i boiska nie nadają się do gry. Tak będzie. Na rozsądną decyzję sterników nie ma co liczyć. Dlatego my kibice mamy taką uprzejmą prośbę: zimo, wyp.....laj!


Adam Wysocki

niedziela, 10 stycznia 2010

Transfery po polsku

Okienko transferowe zostało otwarte, a wraz za tym wydarzeniem podążyły nadzieje kibiców na wielkie nazwiska wzmacniające ich zespoły. Szczególnie duże oczekiwania są w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i może jeszcze Chorzowie. Chociaż na Śląsku może bardziej marzą o utrzymaniu obecnej kadry niż o zakupie nowej gwiazdy. W pozostałych miastach liczą na hitowe nazwiska.
W stolicy Wielkopolski jedno już jest. To 23-letni Siergiej Kriwec, który w przeszłości w ekipie BATE Borysów strzelał gole Juventusowi Turyn w Lidze Mistrzów. W tym sezonie Białorusin zagrał w Lidze Europejskiej, w której jego zespół zajął 3 miejsce w grupie i odpadł z rywalizacji. Różne źródła podają, że Lech kupił go za 300-400 tysięcy euro. Jak na polskie warunki to bardzo wysoka kwota. O tym, że Lech zrobił dobry interes przekuje portal transfermarkt.de, który wycenił go na 700 tys. euro.
Jednak wszystkich, którzy już uznali Kriweca za hitowy transfer, należy nieco spostponować. Ku przestrodze przypomnijmy, że „Kolejorz” rok temu dokonał również „hitowego” transferu, wyrywając klubom francuskim Gordana Golika. Wszyscy wiemy co obecnie dzieje się z tym zawodnikiem. Niech Kriwec najpierw wyjdzie na boisko, pokaże co potrafi i dopiero na końcu sezonu będziemy go oceniać.
Czy nikogo nie zdziwiło, że skoro Kriwec jest tak znakomitym piłkarzem, to dlaczego inne zespoły nie biły się o niego? Dlaczego BATE pozbyło się czołowego piłkarza za mniej niż pół miliona, skoro po występach w Lidze Mistrzów i Lidze Europy jego wartość teoretycznie wzrosła? W Polsce nie śledzono kariery Kriweca przed informacjami, że ma przejść do Lecha. W BATE mogli go obserwować przez 4 lata i z pewnością wiedzą ile naprawdę jest wart.

Pamiętacie jak do kin wchodziły nowe „Gwiezdne Wojny” i wszyscy oczekiwali, że będzie to „szał macicy na ulicy”, a tymczasem niewielu wychodziło podekscytowanych? Tak samo może być z Kriwecem. Typowo po polsku zrobimy wielki szum wokół potencjalnej gwiazdy, a po kilku meczach może okazać się, że przegrywa konkurencje z Bandowskim, Injacem, Wilkiem i siądzie na ławce. Obym się mylił...

Adam Wysocki